Ktoś nagadał bzdur rodzicom, żeby dzieci wychowywać bez krytyki dla ich poczynań. Że niby należy jedynie chwalić, a jakąkolwiek krytykę zawinąć w bibułkę z lizakami i broń Boże nie mówić dziecku, że coś zrobiło nieładnie, że rysunek, który namalowało nie jest piękny, że nie zawsze wygląda cudownie i że nie wszystko co robi jest idealne. To bzdura. Wygląda na robotę psychologów new age (najpewniej tych, którzy jeszcze żadnego swojego dziecka nie wychowali na dorosłego człowieka).
Dlaczego to bzdura i dlaczego takie “bezkrytyczne” wychowanie przynosi więcej szkody dla dziecka niż korzyści? Dlatego, że takie wychowywanie to wsadzanie dziecka do sztucznego świata, świata pozbawionego elementów rzeczywistego życia. A życie dorosłego człowieka jest po prostu często brutalne. Wychowywanie pod parasolem i w kombinezonie anty-krytycznym powoduje ogromne “czarne dziury” w psychice dziecka, uniemożliwia mu wytworzenie umiejętności stawiania czoła porażce, pozbawia zdolności do akceptacji prostego faktu, że nikt nie jest idealny. Dzieci wychowywane bez krytyki nie potrafią w dorosłym życiu zaakceptować wielu “niekorzystnych” dla nich informacji o nich samych, a efektem jest odcięcie emocjonalne od otaczającego ich świata. Świata, który ma wiele barw, a każda z tych barw ma wiele odcieni. I że czasami świeci słońce, a czasami jesteśmy zmoczeni do suchej nitki lub przemarznięci do szpiku.
Pierwszym pokoleniem “bezkrytycznie” wychowanym jest pokolenie obecnych około dwudziestoparolatków, którzy generalnie rzecz biorąc są przeintelektualizowani, a za to odcięci od emocji. I wcale nie jest im łatwo, że otwarto im wrota wszelkich możliwości życiowych, w poczuciu, że wszystko mogą zdobyć i że są lepszą wersją swoich rodziców. W odpowiedzi na nieustającą krytykę otaczającą ich własnych rodziców, ci, w akcie “odwetu” na tamtej rzeczywistości postanowili wychować swoje pociechy inaczej. Efekty biją po głowie samych efekto-biorców. Nie fajnie. Ale taki jest efekt.
Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że absurdalnie znalazłam się przez chwilę w świecie biznesu, w którym zasugerowano mi, abym członków zarządu poważnej, choć niedużej, prywatnej instytucji finansowej, potraktowała jak ….. dzieci, w sensie nie mówienia im jakie błędy zawierała ich poprzednia kampania reklamowa, aby ich nie urazić (sic!) i aby nie narazić ich na poddanie w wątpliwość ich umiejętności. Kampanię przygotowali sami. Że nie wolno mi wytłumaczyć, co i dlaczego doprowadziło do tego, że wyrzucają pieniądze w błoto, dlaczego ich “kampania reklamowa” nie przynosi rezultatu i dlaczego nie pozyskują na trwale coraz większej ilości klientów oraz dlaczego w efekcie nie zarabiają więcej. Dlaczego psychika konsumenta funkcjonuje zupełnie inaczej niż oni to sobie wyobrażają. Dotarło do mnie wówczas, że nakłania się mnie, abym potraktowała (uwaga) biznesmenów ze świata bankowości jak dzieci. A to z kolei sprawiło, że zrobiło mi się niedobrze. Czy jestem idealistką? Może. Czy Polska jest pełna prezesów z tak rozdętym ego, że to, co mamy w kraju wydaje się jak najbardziej uzasadnione? A przede wszystkim dotarło do mnie, że to nie jest moja bajka, i że nie może mi bardziej zależeć (bardziej niż potencjalnemu klientowi), na tym, żeby on sam więcej zarabiał. Rozdęte do granic ego biznesmenów i ich przekonanie o swojej doskonałości jest ich najpiękniejszym piekłem finansowym i na pewno nie jest moją rolą wyciągać ich na siłę z tego piekła, skoro tego po prostu nie chcą. A nie chcą, bo przyznanie się do tego, że w ich firmie jest źle, było by (wg ich sposobu myślenia) przyznaniem się oficjalnie, że to oni robią coś źle (sic!). A to przecież jest niemożliwe…..
A żeby połączyć oba wątki: do potraktowania owych prezesów tak delikatnie i bez jakiejkolwiek krytyki dla metod wcześniejszych poczynań (czyli jak sugerował – jak dzieci) namawiał mnie średni wiekiem, ale młody stażem rodzic, posługując się argumentami o wyższości bezkrytycznego wychowywania dzieci nad jakimkolwiek innym, bo, jak argumentował, on wraz żoną pilnie śledzą wszystkie najnowsze opracowania psychologiczne i wiedzą, co jest najlepsze i co przynosi fantastyczny efekt.. Członek owego zarządu. Wiem, że chciał dobrze. I dla firmy i dla mnie. Nie skorzystam jednak z tej rady. To, że każdy ma swoją cenę, jak powiedział Balzak w odpowiedzi na zarzut pewnej damy o potraktowanie jej jak prostytutki, jest faktem; rzecz w tym, że należy ją wynegocjować….
Czy słowo członek jest rzeczywiście jedynie przypadkowym lapsusem języka polskiego dla określenia osoby sprawującej władzę w polskich firmach i ich zarządach?
A sposób wychowania dzieci polegający na wspieraniu ich rozwoju i w realizacji ich marzeń oraz dawania narzędzi do radzenia sobie w ich dorosłym, samodzielnym życiu, zamiast wyłącznie trzymania parasola nad ich niedoskonałością – zostawiam na inny artykuł.
e.s.
