Bez krytyki?

Ktoś nagadał bzdur rodzicom, żeby dzieci wychowywać bez krytyki dla ich poczynań. Że niby należy jedynie chwalić, a jakąkolwiek krytykę zawinąć w bibułkę z lizakami i broń Boże nie mówić dziecku, że coś zrobiło nieładnie, że rysunek, który namalowało nie jest piękny, że nie zawsze wygląda cudownie i że nie wszystko co robi jest idealne. To bzdura. Wygląda na robotę psychologów new age (najpewniej tych, którzy jeszcze żadnego swojego dziecka nie wychowali na dorosłego człowieka).

Dlaczego to bzdura i dlaczego takie “bezkrytyczne” wychowanie przynosi więcej szkody dla dziecka niż korzyści? Dlatego, że takie wychowywanie to wsadzanie dziecka do sztucznego świata, świata pozbawionego elementów rzeczywistego życia. A życie dorosłego człowieka jest po prostu często brutalne. Wychowywanie pod parasolem i w kombinezonie anty-krytycznym powoduje ogromne “czarne dziury” w psychice dziecka, uniemożliwia mu wytworzenie umiejętności stawiania czoła porażce, pozbawia zdolności do akceptacji prostego faktu, że nikt nie jest idealny. Dzieci wychowywane bez krytyki nie potrafią w dorosłym życiu zaakceptować wielu “niekorzystnych” dla nich informacji o nich samych, a efektem jest odcięcie emocjonalne od otaczającego ich świata. Świata, który ma wiele barw, a każda z tych barw ma wiele odcieni. I że czasami świeci słońce, a czasami jesteśmy zmoczeni do suchej nitki lub przemarznięci do szpiku.

Pierwszym pokoleniem “bezkrytycznie” wychowanym jest pokolenie obecnych około dwudziestoparolatków, którzy generalnie rzecz biorąc są przeintelektualizowani, a za to odcięci od emocji. I wcale nie jest im łatwo, że otwarto im wrota wszelkich możliwości życiowych, w poczuciu, że wszystko mogą zdobyć  i że są lepszą wersją swoich rodziców. W odpowiedzi na nieustającą krytykę otaczającą ich własnych rodziców, ci, w akcie “odwetu” na tamtej rzeczywistości postanowili wychować swoje pociechy inaczej. Efekty biją po głowie samych efekto-biorców. Nie fajnie. Ale taki jest efekt.

Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że absurdalnie znalazłam się przez chwilę w świecie biznesu, w którym zasugerowano mi, abym członków zarządu poważnej, choć niedużej, prywatnej instytucji finansowej, potraktowała jak ….. dzieci, w sensie nie mówienia im jakie błędy zawierała ich poprzednia kampania reklamowa, aby ich nie urazić (sic!) i aby nie narazić ich na poddanie w wątpliwość ich umiejętności. Kampanię przygotowali sami. Że nie wolno mi wytłumaczyć, co i dlaczego doprowadziło do tego, że wyrzucają pieniądze w błoto, dlaczego ich “kampania reklamowa” nie przynosi rezultatu i dlaczego nie pozyskują na trwale coraz większej ilości klientów oraz dlaczego w efekcie nie zarabiają więcej. Dlaczego psychika konsumenta funkcjonuje zupełnie inaczej niż oni to sobie wyobrażają. Dotarło do mnie wówczas, że nakłania się mnie, abym potraktowała (uwaga) biznesmenów ze świata bankowości jak dzieci. A to z kolei sprawiło, że zrobiło mi się niedobrze. Czy jestem idealistką? Może. Czy Polska jest pełna prezesów z tak rozdętym ego, że to, co mamy w kraju wydaje się jak najbardziej uzasadnione? A przede wszystkim dotarło do mnie, że to nie jest moja bajka, i że nie może mi bardziej zależeć (bardziej niż potencjalnemu klientowi), na tym, żeby on sam więcej zarabiał. Rozdęte do granic ego biznesmenów i ich przekonanie o swojej doskonałości jest ich najpiękniejszym piekłem finansowym i na pewno nie jest moją rolą wyciągać ich na siłę z tego piekła, skoro tego po prostu nie chcą. A nie chcą, bo przyznanie się do tego, że w ich firmie jest źle, było by (wg ich sposobu myślenia) przyznaniem się oficjalnie, że to oni robią coś źle (sic!). A to przecież jest niemożliwe…..

A żeby połączyć oba wątki: do potraktowania owych prezesów tak delikatnie i bez jakiejkolwiek krytyki dla metod wcześniejszych poczynań (czyli jak sugerował – jak dzieci) namawiał mnie średni wiekiem, ale młody stażem rodzic, posługując się argumentami o wyższości bezkrytycznego wychowywania dzieci nad jakimkolwiek innym, bo, jak argumentował, on wraz żoną pilnie śledzą wszystkie najnowsze opracowania psychologiczne i wiedzą, co jest najlepsze i co przynosi fantastyczny efekt.. Członek owego zarządu. Wiem, że chciał dobrze. I dla firmy i dla mnie. Nie skorzystam jednak z tej rady. To, że każdy ma swoją cenę, jak powiedział Balzak w odpowiedzi na zarzut pewnej damy o potraktowanie jej jak prostytutki, jest faktem; rzecz w tym, że należy ją wynegocjować….

Czy słowo członek  jest rzeczywiście jedynie przypadkowym lapsusem języka polskiego dla określenia osoby sprawującej władzę w polskich firmach i ich zarządach?

A sposób wychowania dzieci polegający na wspieraniu ich rozwoju i w realizacji ich marzeń oraz dawania narzędzi do radzenia sobie w ich dorosłym, samodzielnym życiu, zamiast wyłącznie trzymania parasola nad ich niedoskonałością – zostawiam na inny artykuł.

 

e.s.

Posted in Blog | Leave a comment

Syndrom “krzywego zwierciadła”

Syndrom „krzywego zwierciadła” to efekt subiektywnego, zwrotnego odbioru wizerunku danej osoby na bazie przebiegu jej/jego  zatrudnienia w firmie.

Dotyczy on tych pracowników, którzy pomimo wieloletniego zatrudnienia w firmie nie awansują zgodnie ze swoimi subiektywnym oczekiwaniami, a jednocześnie nie są otwarcie informowani przez przełożonego, iż nie spełniają wymogów na stanowisko na które pretendują.

Sytuacja taka rodzi u takiego pracownika głębokie psychiczne niezadowolenie, lecz nie jest ono skierowane na siebie, lecz na pracodawcę. W związku z tym, z jednej strony, pracodawca otrzymuje w psychice pracownika rolę „oprawcy”, a z drugiej – pracownik jest jak najdalszy od rzeczowej analizy swoich kompetencji (nie posiada też ku temu odpowiednich narzędzi, ale o tym w dalszej części), które nie są wystarczające na objęcie wymarzonego stanowiska. Pracownik wychodzi z założenia, iż skoro jest przez tak wiele lat zatrudniony w danej firmie oraz wypełnia sumiennie wszystkie obowiązki wchodzące w zakres jego pracy, to należną mu rzeczą jest awans.

Pracodawca nie wychwytując u pracownika syndromów:

a/ wypalenia zawodowego (dotyczy konkretnego stanowiska)

b/ nieumiejętności dopasowania się do wyznaczonego obszaru zmiennych działań

c/ rodzącej się agresji w postaci coraz to częściej popełnianych małych błędów (które z czasem przechodzą w coraz to większe)

d/ rodzącej się niechęci do firmy jako takiej

e/ pragnienia zemsty na firmie

doprowadza do zaistnienia syndromu „krzywego zwierciadła”.

Efektem jest to, iż pracownik przekłada wszystkie swoje „braki” na, w jego oczach winowajcę, czyli pracodawcę. Krótko mówiąc: „nienawidzę tego, na co patrzę, albowiem to, co widzę pokazuje mi, że jestem niegodny awansu”.

Z drugiej strony leży tak wysoko cenione u pracowników „bezpieczeństwo” wynikające z zatrudnienia w korporacjach, które jest elementem kotwiczącym pracownika w korporacji. Jego związanie w firmą jest o tyle mocne, o ile silny jest pakiet materialno-socjalny danej firmy.

Takich pracowników nazwać można „końmi trojańskimi”, i jest ich, niestety, wielu w firmach korporacyjnych.

Oczywiście ma to wpływ na jakość pracy i negatywne rozprzestrzenianie się braku efektywnego wzrostu jakości działańposzczególnych działów.

To należałoby zrobić, aby stopniowo eliminować „konie trojańskie”?

Na pewno należałoby zacząć od zmiany kryteriów rekrutacyjnych. Dotychczasowe obowiązujące standardy rekrutacji opierają sięna doborze pracowników w oparciu o assessment w celu wyłonienia najbardziej odpowiedniego pracownika na dane stanowisko. Jest to oczywisty błąd większości działów HR. Błąd, który przekłada się na swoistą krótko-terminowość czerpania efektywnych korzyści z działań danego pracownika. HR powinien skierować swoje działania rekrutacyjne na oceną kandydata pod kątemnajbardziej zdolnego do dopasowania się pracownika. Nie dotyczy to kandydatów na t.zw. stanowiska stricte eksperckie. I co najważniejsze: żaden HR nie stosuje badania kandydata pod kątem sprawdzenia rzeczywistego “zakochania się” w danym przedmiocie wykonywanej w przyszłości pracy lub/i jego pokochania już trwającego. Śmieszne? Nie, to nie jest śmieszne. Kto kocha to, co robi – robi to najlepiej. Kto bierze się za zadania do wykonania, bo mu za to płacą – zawsze będzie pierwszym, w efekcie sumarycznym,  do obniżania swojej efektywności. Kto ma z tego korzyść? No właśnie.

Nie jest moim celem krytyka działań HR, jedynie podkreślam to, co na przestrzeni moich doświadczeń trenerskich jest absolutnie niezaprzeczalnym negatywnym i zauważalnym procesem, w oparciu o który działa zdecydowana większość działów HR w Polsce.

Innym istotnym działaniem, które należałoby wprowadzić w korporacjach to, okresowy monitoring pracowników, przede wszystkim w celu kontroli syndromu wypalenia zawodowego.

Większość pracowników unika jawnego przyznania się przed pracodawcą do wypalenia zawodowego z obawy utraty pracy, ukrywając rosnącą niechęć do wykonywanych obowiązków oraz głęboko utajoną agresję do pracodawcy oraz, co bardzo ważne, pragnienie ‘zemsty’ na firmie.

Firmy są nastawione na procesy szkoleniowe mające na celu wyposażenie pracowników w coraz to lepsze narzędzia pracy, a niestety w większości procesów szkoleniowych pomija się naukę komplementarnej auto-analizy osobowości dla pracowników. Pracownicy są „oprzyrządowani dla wzrostu dochodu firmy”, lecz nie posiadają umiejętności analizy własnej osobowości i narzędzi do asertywnego dbania o swoje „bhp” psychiczne. Nie należy się sugerować informacją o t.zw, szkoleniach z zakresu „radzenia sobie ze stresem”, albowiem clou bhp dla każdej firmy i każdego pracownika, bez względu na zajmowane stanowisko, jest niedopuszczenie do pojawienia się „koni trojańskich”, czyli prewencja zamiast „leczenie” skutków.

Posted in Blog | Leave a comment

Dlaczego wszyscy narzekają?

Dlaczego wszyscy narzekają? To proste. Bo wszyscy myślą i działają tak samo. Utyskują, narzekają, marudzą, wymyślają rządowi, innym ludziom, sytuacjom, okolicznościom, etc etc. Umysły i portfele wytarte utartymi sposobami myślenia i działania. Dlaczego nie myślą inaczej? Dlaczego nie wyjdą poza schematy? Dlaczego nie ruszą leniwych umysłów w celu pobudzenia kreatywności? To proste. Bo im się nie chce. Bo to wymaga aktywności intelektualnej i mentalnej. Bo wolą mieć podane na tacy – zarówno problemy jak i ich standardowe rozwiązania, zamiast “pójść po rozum do głowy”. A w momencie kiedy pojawia się jakaś “bariera”, jakiś problem – w 98 na 100 odpowiedzi słyszy się odpowiedź: tego się nie da zrobić, bo ….

Moje słowa odnoszą się do całego kraju, w którym narzekanie stało się cechą narodową. Moje słowa odnoszą się do ludzi biznesu, którym przyznanie się do tego, że w ich firmach nie jest tak, jak być powinno, równa się z przyznaniem do tego, że oni sami są do kitu jako biznesmeni, co zresztą jest prawdą, bo żaden biznesmen z rzeczywiście najwyższej finansowej półki nigdy nie udaje, że jest dobrze, kiedy jest źle, w celu  podtrzymania swojego obrosłego w tłuszczyk ego. Ale większość naszych biznesmenów jest bardziej skupionych na swoim ego, niż na przyznaniu się do tego, że nie potrafią zatrudnić kreatywnych fachowców, za to zatrudniają kolesiów, rodzinę, po znajomości, po układach i układzikach.

Jeżeli myślicie, że czasy “kryzysu” uniemożliwiają jakikolwiek rozwój finansowy – to jesteście w dużym błędzie. Czas kryzysu jest okresem  najbardziej sprzyjającym właśnie kreatywności. Rzecz w tym, że teraz wygrywają ci, którym chce się ruszyć mentalnie i intelektualnie, ci którym nie pasuje czekać, aż ich pochłonie konkurencja lub “globalistyczne” korporacje, ci którzy są rzeczywiście wkurzeni na to, co dookoła nich i na to, co w nich samych. Bo kreatywność jest wynikiem buntu.

Człowiek, który kończy zdanie ” Kiedy coś jest dobre – to nie  należy tego zmieniać” – nigdy nie osiągnie  rzeczywistego sukcesu w żadnej dziedzinie, w żadnej branży.

To zdanie dokończone : “Kiedy coś jest dobre - to nie znaczy, że nie może być lepiej.” wymagałoby czegoś więcej niż zajęcie wygodnej pozycji za biurkiem i skupienia się na wyszukaniu wszystkich innych winnych danej sytuacji.

Żeby zacząć żyć inaczej, należy zacząć myśleć inaczej, należy wyjść poza schematy, przestać myśleć, że jak będzie się udawać, że czegoś nie ma, to wtedy to coś samo zniknie. Kreatywność to nie wynalazczość, od kreatywności nie należy wymagać, żeby komuś pomogła wymyślić koło. Ale kreatywność to coś takiego, co z pięciu kół stwarza na przykład symbol olimpijski.

Czy należy założyć, że Polacy nie są zdolni do mentalnego buntu z racji historii? Bo zawsze pod zaborami, bo zawsze uciśnieni, bo bo bo. A każde “fiknięcie” wobec zaborcy kończyło się dostaniem po łapach? Albo tym, że de facto wyzwalali nas inni? Hmmm, to byłaby dosyć ciekawa koncepcja na wytłumaczenie, dlaczego wielu młodych i nie tylko młodych Polaków po wyjeździe za granicę, osiąga tam sukces. Jakby samo przekroczenie granic wyzwalało z poczucia jedności w narzekaniu i wymyślaniu dlaczego czegoś się nie da rady zrobić. Doprawdy ciekawa koncepcja, choć możliwa do założenia i łatwa do udowodnienia.

Kiedy staniesz przed jakimś problem i przyjdzie ci w końcu do głowy odpowiedź: “nie, tego się nie da rozwiązać”, to spróbuj się zastanowić, dlaczego twój umysł skupiał się na wyszukiwaniu sposobów na nie-rozwiązaniu tego problemu.

Kiedy Ty będziesz narzekał, utyskiwał, marudził, inni w tym samym czasie ruszą w końcu “po rozum do głowy” i zaczną zarabiać więcej, zaczną być odważni, twórczy, przestaną głaskać swoje biznesowe ego gestem “no przecież nie jest tak źle, przecież zobacz – inni mają gorzej” . Pospolite ruszenie mentalne. Utopia w naszym kraju? Hmmm.

Dlaczego tendencyjnie porównujemy się do tych, którzy mają tak samo lub mają gorzej? Dlatego, że porównanie do tych, którzy mają więcej, żyją szczęśliwej, są na szczytach różnych branż, wymagałoby stwierdzenia, że skoro oni mogą – to ja też mogę! Ale po co, skoro mi się nie chce. Więc dalej narzekaj. I dalej myśl tak samo jak inni. I dalej miej to samo, co inni. Żyj w otoczeniu tych samych “problemów” nie do rozwiązania…

A kiedy przyjdzie ci stawić czoła ostatniemu dniu twojego życia, powiesz wtedy: “Ufff, może nie było za dobrze, no ale przecież nie było aż tak źle, udało się, jakoś to przeżyłem; dobrze jednak że ten koszmar się już kończy …..”  Ciekawe czego będziesz wtedy żałował: tego, co zrobiłeś, czy tego czego nie zrobiłeś? Tego kim byłeś, czy tego kim nie byłeś? Kto wierzy w reinkarnację, ten ma farta. Kto nie wierzy – ten ma …..

 

e.s.

Posted in Blog | Leave a comment

Lider czy Menadżer?

W polskim biznesie widać duże niezrozumienie pojęć lider i menadżer. I to nie tylko wśród ludzi nie związanych z biznesem jako takim, ale przede wszystkim wśród samych biznesmenów. Ludzie pochodzący z korporacji często posługują się zangielszczonym slangiem nazywając stanowiska pracy po angielsku, który to slang rozprzestrzenił na inne obszary, ale jakoś nikt z nich nie zauważył, lub zauważył, ale nie przyznał tego oficjalnie, że korporacje nie przewidują naboru na stanowisko lidera. Z kolei wielu menadżerów uważa się, jawnie lub w skrytości, za liderów. Hmmm.

Zacznę od tego, co znaczą te dwa słowa:

menadżer (od to manage ang. – zorganizować, zarządzać, zaradzić, podołać, gospodarować), czyli zarządzający, organizujący.

lider (od to lead ang. – prowadzić, wieść, przodować, przewodzić, dowodzić), czyli przewodnik, przewodzący, przodownik.

Czyli jakie są główne pożądane cechy menadżera, a jakie lidera?

Żeby efektywnie zarządzać i organizować pracę ludzi menadżer powinien znać mechanizmy psychiki ludzkiej, znać doskonale słabe i mocne strony każdego człowieka, którym zarządza, znać swoje słabe i mocne strony, umieć motywować i skrupulatnie stosować zarówno nagrody jak i kary. Umieć dostosować cele (które jemu zostały narzucone przez przełożonych) do możliwości teamu, którym zarządza, potrafić rozdzielać w czasie zadania. Menadżer to ktoś kto widzi początek i koniec danego przedsięwzięcia. Menadżer to ktoś, to wykonuje powierzone mu zadanie poprzez ludzi, którymi zarządza. Menadżer nie zastanawia się, czy cel, do którego zmierza jest dobry lub etyczny, on wykonuje powierzone mu zadanie. Oczywiście mówię tu o tych menadżerach, którzy nie są właścicielami swoich firm. Często natomiast wystarczy być dobrym menadżerem, zamiast pretendować do miana lidera. Nie jest to jednak łatwe, bo wielu myśli, iż posiadanie władzy na pracownikami daje im prawo do nieomylności i autorytaryzmu i z automatu uważają się za liderów.  Za najważniejszą cechę dobrego menadżera uważam doskonałą wiedzę na temat wiedzy nabytej i talentów poszczególnego pracownika i umiejętność jego motywacji. To o wiele bardziej służy wzrostowi efektywności gospodarczej firmy niż znajomość … kluczowych wskaźników efektywności.

Lider. To ktoś za kim pójdziemy bez względu na to czy nam płaci ci czy nie. To ktoś, kto rozpali w nas ogień, gdy temperatura “otoczenia” wynosi grubo poniżej zera. Lider nie musi być ekspertem czy specjalistą w jakiejś dziedzinie. Ale z drugiej strony to geniusz, którego często nienawidzimy za jego ekstremalne zachowania, ale komu ufamy i wierzymy w ten sam cel. To ktoś, kto kocha wizję celu, który go prowadzi. Ktoś, kto nie zna końca swoich działań, bo ma nieustanne parcie na więcej, dalej, wyżej, lepiej. Ktoś kto często jest znienawidzony, samotny, uważany za wariata, ekscentryka, szaleńca. Ktoś o wielkim umyśle i wielkim sercu. Ktoś, kto prowadzi pociąg, nie zastanawiając się czy mu się opłaci liczyć zyski ze sprzedanych biletów. A przede wszystkim to ktoś, kto oprócz cojones ma charyzmę. Owe  cojones nie są w tym przypadku oczywiście związane z płcią. “Szkoły liderów” kuszą nazwą, ale uczą bycia dobrymi/doskonałymi menadżerami. Bycia liderem nie można się nauczyć. To “coś” się ma lub nie w genach.

Lider plus doskonały menadżer/menadżerowie to najlepsza opcja dla każdej firmy, dla każdego przedsięwzięcia.

Klasyczni liderzy to Steve Jobs. Filmowy dr. House. Martin Luther King. Barak Obama. Mark Zuckerberg. Indira Ghandi.

Klasyczni menadżerowie to Angela Merkel. Brian Tracy. Andy Rubin. Łukasz Wejchert. Zygmunt Solorz-Żak. Jan Kulczyk.

e.s.

Prosty instruktaż o tym jak zachowuje się lider, jak menadżerowie, i dlaczego ten Team wciąż zwycięża: All Blacks Haka – Mistrzowie Świata

Posted in Blog | Leave a comment

Rynek zdominowany przez pseudo szkolenia

W większości firm w PL na dźwięk słowa ‘szkolenie’ ludzie dostają skrętu jelit. A w głowach zaczyna im huczeć: nieeeee!.

I nie dziwię się, ponieważ rynek szkoleniowy został zdominowany, a przez to spieprzony po prostu, przez pseudo szkolenia i pseudo szkoleniowców oraz pseudo firmy szkoleniowe. Na modzie na coaching (jak fajnie brzmi tak obcojęzycznie…), na fali unijnych dotacji powstało mnóstwo “projektów” szkoleniowych i do pracy z ludźmi zostali wpuszczeni “szkoleniowcy”, którzy swoim “warsztatem” zawodowym nie mają nic wspólnego z byciem prawdziwie dobrym i doświadczonym trenerem. Słowo coach, coaching dla wielu firm kojarzy się po prostu z wyrzuconymi w błoto pieniędzmi. Szkolenia, które są “łopatologią” i przypominają lekcje w szkołach, na których uczestnicy mają przepisywać z clipboardów nauki wykładane przez owych szkoleniowców, mają się tak do prawdziwego rozwoju osobistego jak podróż mercedesem do podróży wozem konnym. Dla nie rozumiejących dlaczego porównuję coaching akurat do podróży odsyłam do etymologii tego słowa w j. angielskim.

Dlaczego tak się stało z rynkiem szkoleniowym? Dlatego, że wielu poczuło możliwość “dobrej kasy” za posiadanie słowa “coach” w ofercie oraz słowa coaching na www. W związku z coachingomanią zrobiła się “adamosłodowa” polska coachingo-manio-branża, o której pisałam jakieś 2 lata temu. 75% pseudo szkoleniowym  firmom przyświeca jedyna idea: wyciągnięcia z UE jak największej darmowej kasy. I tak za cudze (unijne) pieniądze, za cudzy intelekt robią co mogą, często fałszując wyniki (anonimowych…) ankiet po szkoleniowych, aby wyciągnąć jak najwięcej kasy z UE. Jest też część firm, powstałych wiele lat temu, które mocno i ciężko, za swoje własne fundusze, często ryzykując wszystkim co miały, pracowały wiele lat na prestiż i dobrą opinię, a które obecnie szlag trafia na  tych darmozjazdowych specjalistów od organizacji darmowych unijnych szkoleń. Im też odebrano zarówno dobrą opinię, jak i zniechęcono ewentualnych klientów.

I tak też wygląda zdecydowana większość szkoleń w Pl; prowadzą je osoby, które nie mają żadnego autentycznego coachingowego doświadczenia, a “uprawnienia” do coachingu wynikają ze zdobytego na jakimś szkoleniu certyfikatu lub dodatku na po-studiach. A organizacją zajmują się cwaniacy skoncentrowani na łatwym zarobku. Ale z drugiej strony: dlaczego nie? UE daje – to bierzmy i nie przejmujmy się!!! Made in PL.

Wracam do firm, które z kolei nie chcą zatrudniać kogoś, kto swoim doświadczeniem trenerskim zacząłby od pokazania wszystkiego tego, co jest nie tak w danej firmie i co hamuje jej rozwój. Dlaczego nie chcą? Dlatego, że byłoby to obrazą (!) dla ich doczesnych managerów. Rewelacja. To tak jakby wezwać hydraulika do domu, bo sąsiadowi piętro niżej zalewamy sufit i po chwili powiedzieć mu, że ma wyjść, bo obraził  nas stwierdzając przyczynę naszej zatkanej rury: wrzucanie przez nas nieodpowiednich odpadków do klozetu.

Wracam do “rynku” szkoleniowego w PL. Nie dziwię się, że firmy już nie chcą. Też bym nie chciała wyrzucać pieniędzy w błoto.

Ale może warto, żeby ci, którzy decydują o wyborze firm szkoleniowych zastanowili się CO było powodem do wybrania takiej a nie innej firmy? Może należało, przed podjęciem decyzji o wyborze trenera do firmy, zafundować sobie jedną sesję z kandydatem na to stanowisko. “Ogranoleptycznie” na sobie doświadczyć co ten trener potrafi. Sprawdź na sobie to, co chcesz zafundować swojej firmie. A ci co “za darmo” skorzystali ze “szkoleń” i teraz psy wieszają na szkoleniach generalnie – może przypomną sobie niezbywalną prawdę, że nic co naprawdę dobre – nie jest za darmo. Proste? Okazuje się, że nie.

Ilu jest naprawdę dobrych coachów w Polsce? Kilku.

Ile jest naprawdę dobrych firm szkoleniowych w Polsce? Kilkanaście.

 

e.s.

Posted in Blog | Tagged , , | Leave a comment

Nie musisz być jak Steve Jobs …

06.10.2011 zmarł Steve Jobs. Dla wielu to osoba kojarzona ze “szpanerskim jabłkiem”. Dla innych ktoś wielki. Dla mnie Ktoś Wielki.

Ktoś kto rozpoczynając w garażu, doprowadził do stworzenia firmy mającej większy kapitał finansowy niż Bank Federalny USA (dane na IX.2011)
Firma Apple.
Co różni nas od Steve’a Jobsa? Praktycznie nic. Teoretycznie wszystko.
Praktycznie nic, bo tak jak on mamy wolną wolę.
Teoretycznie wszystko, bo on z niej zrobił użytek, a większość z nas nie.
Wynikiem tej wolnej woli podążał za swoim marzeniem, za swoją wizją, absolutnie nie biorąc pod uwagę tego, co inni sądzą o jego marzeniu.
Był zdecydowany, dociekliwy, otaczał się ludźmi, od których wymagał Kreatywności, a konsekwentnie usuwał ze swej drogi potakiwaczy.
Wkurzał wiele osób, bo w żaden sposób, nigdy nie ulegał manipulacjom mającym na celu odwiedzenie go od realizacji swojego marzenia.
Wolał nie robić nic, niż robić coś w co nie wierzył lub czego nie kochał robić.
Dawał z siebie wszystko i jeszcze więcej i tego samego wymagał od swoich współpracowników i pracowników. Twierdził:
“Z wiekiem dochodzę do wniosku, że najważniejsze są motywy. Naszym pierwszorzędnym celem jest budowanie najlepszych komputerów na świecie, a nie bycie największą i najbogatszą firmą”.
Nie musisz być jak Steve Jobs.
Ale nigdy nie ulegaj tendencji do tego, aby twierdzić, że coś jest złe, głupie, czy nie dla ciebie, tylko dlatego, że tego nie znasz i nigdy nie robiłeś.
e.s.
Posted in Blog | Tagged , , | Leave a comment

Motyw



Czego trzeba, żeby uwierzyć, iż jedynie to co kochamy robić będziemy robić najlepiej? Ile czasu upłynie zanim zrozumiemy, iż dając światu jakikolwiek produkt, czy to produkt naszego umysłu, czy naszych rąk, powinien on być dziełem wypływającym z naszego serca?

Jak dotąd tak mało ludzi rozumie fakt, że motywem pracy zawodowej powinno być to, co kochamy robić, a nie to, co daje nam zarobić. Tylko takie działanie jest w stanie sprawić, że wszystko co wychodzi od nas dla tych, którzy są odbiorcami naszych “usług” czy naszych “towarów” da efekt przewyższający wszelkie oczekiwania. Że tworząc coś co leży nam w sercu – dajemy światu najlepszy z możliwych produktów. Jeżeli chcesz osiągnąć sukces w tym, co robisz, to traktuj wszystkich tych, których “obsługujesz” w taki sposób, w jaki obsłużyłbyś swojego najlepszego przyjaciela. Zawsze miej na uwadze MOTYW, który ci przyświeca ci w tworzeniu tego, co wytwarzasz. Jeżeli motywem jest posiadanie, to nigdy nie uzyskasz tego, czego pragniesz: ani bogactwa, ani sławy, ani uznania. Jeżeli zaś motywem jest wytworzenie czegoś najlepszego w swoim rodzaju, najlepszego według twoich zdolności, wytrwałości i szacunku dla tego, czym się zajmujesz, to wtedy będziesz absolutnie zaskoczony efektami twojej pracy. Ważne jest, abyś tworząc, pracując postawił się po stronie tego, który otrzymuje dzieło twojego wysiłku. I wtedy poczuj, właśnie: poczuj, a nie pomyśl, co ty sam, będąc na jego miejscu chciałbyś otrzymać? jakiej jakości usługę lub jakiej jakości produkt? I taki daj z siebie.

Nie działaj kiedy twoim motywem jest pieniądz, sława czy poklask, bo poniesiesz konsekwencje… miłości bez wzajemności. Pieniądz sam w sobie nie posiada indywidualności przedmiotowej i nie ma nic złego w pragnieniu posiadania bogactwa. Ale nie dojdziesz do niego jeżeli będziesz oczekiwał “lajków” od otaczającego cię świata. To nie pieniądz jest zły czy dobry, to decyzje, które podejmują ludzie w związku z posiadaniem pieniędzy są powodem zła lub dobra.

Nie oczekuj nagrody, nie licz na to, że sprawdzi się “to co dajemy do nas wraca”. Nie licz na nic; po prostu rób to, co kochasz i przekazuj innym ludziom wytwór tego, co kochasz robić. Wtedy bez względu na to co się wydarzy lub nie wydarzy, zawsze będziesz szczęśliwym człowiekiem, bo twoją pasją będzie twoja praca, więc nigdy nie będziesz się czuł jak niewolnik kogokolwiek czy czegokolwiek. Niewolnicy nie są kreatywni. No chyba, że chodzi o obmyślanie sposobu ucieczki z otaczającej ich rzeczywistości.



e.s.

sierpień 2011.

Posted in Blog | Leave a comment

Rozmowy rekrutacyjne

 

Każdy miał lub będzie miał  jakieś doświadczenie związane z t.zw. rozmową rekrutacyjną. Piszę “tak zwaną”, albowiem w większości przypadków rozmowy rekrutacyjne nie mają niczego wspólnego z rzeczywistym sprawdzeniem profilu osobowości czy kompetencji zawodowych kandydata na dane stanowisko. Nie mówię tu o t.zw. stanowiskach eksperckich. Ponieważ na rynku pracy jest jak jest, więc właściwie to jedynie korporacje prowadzą rekrutacje. I na nich się skupmy.

Rekrutacje przeprowadzane przez korporacyjne HR-y mają na celu wyłonienie jak najbardziej podatnego na zarządzanie przyszłego ewentualnego pracownika. Zespoły rekruterów HR nie składają się z fachowców z zakresu psychologii behawioralnej, synergologii, ani też ze specjalistów danego stricte działu, do którego rekrutacja przebiega. Zespół, lub często nawet tylko jedna osoba, ma za zadanie zadać pytania i ocenić uzyskane odpowiedzi wg swojego punktu widzenia, który, jak wspomniałam już wcześniej, nie ma wiele wspólnego z rzeczywistymi kompetencjami do sprawdzenia i oceny profilu osbowościowego kogokolwiek.

Poniżej przedstawiam pytania, z którymi na pewno spotkacie się na rozmowach rekrutacyjnych.

 

Proszę opowiedzieć coś o sobie.

Dlaczego zainteresował się pan/pani pracą właśnie u nas?

Co wie pan/pani na temat oferowanego stanowiska?

Jak wyobraża sobie pan/pani swój dzień pracy?

Dlaczego zrezygnował pan/pani z poprzedniej pracy?

Co chciałby pan/pani osiągnąć pracując w naszej firmie?

Proszę wymienić 3 rzeczy, które pan/pani lubiła i 3 których nie lubiła pani/pan w poprzedniej pracy.

Prosze podać 3 swoje wady i 3 zalety.

Proszę opowiedzieć o tym jak poradził sobie pan/pani z ostatnią stresującą sytuacją w pani życiu.

Prosze podac przyklad sytuacji kiedy musiala pani podjac szybka decyzje.

Czy jest pan/pani raczej skupiona na szczegółach czy rezultatach swojej pracy?

Czym kieruje sie pan/pani w ustalaniu priorytetow?

Jakich metod używa pan/pani do organizacji pracy własnej?

Dlaczego chce pan/pani zmienić miejsce zamieszkania?

Proszę opowiedzieć o swoim największym sukcesie.

Jak pani obecność w firmie mogłaby przysłużyć się jej rozwojowi?

Ile chciałby pan/pani zarabiać?

Co poza wynagrodzeniem motywuje pana/panią do pracy?

Proszę podać przykład sytuacji, w której nie był pan/pani dumna ze swoich dokonań. Czego nauczyła pana/panią ta sytuacja ?

Proszę opisać sytuację, która wydawała się z początku beznadziejna, a później był pan/pani w stanie ją rozwiązać ? Jak pan/pani tego dokonał(a) ?

Proszę opisać sytuację, kiedy straci pan/pani po raz ostatni panowanie nad sobą w pracy ?

Proszę opowiedzieć o sytuacji konfliktowej ze współpracownikiem i jak pan/pani ją rozwiązał(a).

 

Zanim zaczniecie sobie układać odpowiedzi, to proszę pamiętać, że nie zależy nikomu kto Was rekrutuje, na uzyskaniu obrazu osoby zbyt kreatywnej, zbyt inteligentnej, ani tym bardziej (!) bystrzejszej niż rekruter; czyli na obrazie osoby, która mogłaby stanowić  zagrożenie dla innych tam już pracujących. Jeżeli owa rekrutacja się odbywa, to należy założyć, że ktoś z tego stanowiska wypadł i jest po prostu wakat i, jak to mówią w korporacjach, został (ten ktoś) po prostu cancelled.

Pamiętajcie, że HR-owi zależy na kimś kto będzie posłuszny, podatny na zarządzanie, podatny do pracy w nadmiernym stresie i w zawsze za krótkich terminach, no i oczywiście za niewysoką pensję, ale za to z dużym lizakiem w postaci pakietu socjaln-medycznego.  I nie będzie oczekiwał awansu przez pierwsze 3 lata, a przede wszystkim zależy im na kimś, kto będzie ślepo wykonywał zlecone (przepraszam: delegowane) zadania i zawsze, ale to zawsze, będzie zgadzał się z opinią przełożonego. Starajcie się też nie ubierać lepiej od ewentualnego rekrutera. I nie gestykulujcie zbytnio, albowiem zostanie to odebrane jako brak kontroli nad emocjami (co oczywiście jest absolutnie niezgodne z tym, co twierdzi synergologia). Waszym zadaniem jest przekonać rekrutera, że Wasz jedyny cel to nauka, nauka, nauka od lepszych i przysporzenie jak najwięcej zysku firmie, do której kandydujecie.

“Człowiek jest jedynym gatunkiem żyjącym na ziemi, który włączył filtr kłamstwa do zbioru swych codziennych potrzeb i potrafi kłamać w sposób “naturalny” tak często , jak jest mu to potrzebne. Przekłamuje rzeczywistość, gdy pewne cechy osobowościowe nie pozwalają mu osiągnąć tego, co zamierza.” P. Turchett

Powodzenia!

e.s.

Posted in Blog | Tagged | Leave a comment

Bob Marley powiedział:

English version available under the British flag (the right corner up on the page)

Bob Marley:

“Tylko raz w twoim życiu, głęboko w to wierzę, spotykasz kogoś, kto całkowicie wywraca twój świat do góry nogami. Mówisz komuś takiemu rzeczy, o których nigdy wcześniej nie powiedziałbyś nigdy nikomu, a ten ktoś chłonie wszytskie twoje słowa i chce słuchać wciąż i wciąż. Dzielisz się z tąosobą nadziejami przyszłości, marzeniami, które pewnie nigdy się nie spełnią, celami nigdy nie osiągniętymi i rozczarowaniami, którymi życie walnęło cię w twarz. A kiedy coś niesamowitego ci się przytrafia, nie możesz się doczekać, aby opowiedzieć jej o tym, wiedząc, że wspólnie będziecie dzielić twoją ekscytację. Ta osoba nie czuje zawstydzenia, kiedy płacze razem z tobą, bo ktoś cię zranił, ani kiedy się śmieje, bo robisz z siebie głupka. Nigdy nie rani twoich uczuć lub sprawia, że czujesz się niewystarczająco dobry, ona raczej buduje cię pokazując ci rzeczy, które są w tobie i ktore to czynią cię pięknym i wyjątkowym człowiekiem. Nie ma nigdy między wami presji, zazdrości czy rywalizacji, lecz tylko cicha łagodność i spokój. Możesz być zawsze sobą i nie martwić się, co ta osoba pomyśli o tobie, bo ona kocha ciebie takim, jakim jesteś. Sprawy, które wydają się bez znaczenia dla większości ludzi, takie jak piosenka, spacer, jakaś uwaga, stają się bezcennymi skarbami przechowywanymi w twoim sercu na zawsze.  Wspomnienia z dzieciństwa wracają i stają się tak klarowne i żywe jakbyś znowu był młody. Kolory stają się jaśniejsze i bardziej żywe. Śmiech staje się częścią dnia, gdzie kiedyś pojawiał się rzadko lub nie było go wcale.  Jej jeden lub dwa telefony w ciągu dnia sprawiają, że uśmiech pojawia się na twojej twarzy, i pomagają ci przejść przez ten wypełniony pracą dzień. W obecności tej osoby nie ma właściwie potrzeby ciągłego rozmawiania, zdajesz sobie bowiem sprawę, że jesteś zadwolony z prostego faktu, że  ona jest przy tobie. Rzeczy, które nigdy przedtem ciebie nie interesowały stają się fascynujące, ponieważ wiesz, że są interesujące dla tej osoby, tak wyjątkowej dla ciebie. Myślisz o niej przy każdej okazji i w trakcie wszystkiego, co robisz. Proste rzeczy przywodzą ci ją na myśl; błękit nieba, delikatny wiatr, czy nawet burzowe chmury na horyzoncie. Otwierasz swoje serce wiedząc, że jest szansa na to, iż któregoś dnia zostanie ono złamane, ale otwierając je doświadczasz miłości i radości o jakiej nigdy nawet nie marzyłeś. Odkrywasz, że bycie wrażliwym jest jedynym sposobem na pozwolenie twojemu sercu, aby  poczuło prawdziwą przyjemność i że jest ona tak realna, że aż się jej boisz. Znajdujesz siłę wiedząc, że masz prawdziwego przyjaciela i najprawdopodobniej swoją bliźniaczą duszę, która pozostanie ci lojalna do końca. Życie staje się całkowicie inne, ekscytujące i wartościowe. Świadomość,  iż ta osoba jest częścią twojego życia stanowi twoją  jedyną pewność i jedyną nadzieję”.



Posted in Blog | Leave a comment

Pokolenie około-30-latków

 

 

Ten artykuł dedykuję wyrażeniu mojego podziwu i szacunku dla moich Klientów z rocznika około 1980, czyli dzisiejszych około 30-latków.

To co mnie cieszy najbardziej, to fakt iż owi, młodzi przecież jeszcze ludzie, tak szybko orientują się, że coś jest nie “hallo” w ich życiu. Generalnie dotyczy to ich rozwoju zawodowego, kariery, kierunku pracy. Czyli decyzji jednych z najważniejszych w życiu każdego dorosłego człowieka. Że nie czekają wzorem większości mojego pokolenia na obudzenie się w okolicach 40-45 lat, żeby stwierdzić: WTF zrobiłem ze swoim życiem??? dlaczego nie robiłem tego, o czym marzyłem, dlaczego sprzedawałam swoje marzenia i cele za pewne i bezpieczne, otulone w zus pensje, kim jestem teraz???? I na ile mi wystarczy tego ‘bezpiecznego’ zus na starość? Dlaczego nie lubię tego, kogo widzę w lustrze? Gdzie jest moje wymarzone życie??

Jest to pokolenie wyrośnięte  na już dawno powalonym murze oddzielającym Polskę od wolności rynkowej, wolności przekonań, wolności wyznań i (prawie) wolności słowa. Pokolenie, które nie chce STRACIĆ swoich marzeń dla złudnego poczucia bezpieczeństwa. Które nie boi się szukać swoich prawdziwych talentów, zamiast  podążać za tymi, które zostały im ‘wciśnięte’ przez niespełnionych rodziców, aspiracyjnie wybujałych, ale nie odważnych w realu. Pokolenie, które doskonale widzi fałsz i mentalną korupcję wokół siebie i tego nie chce w swoim własnym działaniu.

Kilka dni temu zostałam zaproszona do krótkiej audycji w Radio Kraków. Rzecz tyczyła nieśmiałości. Mój interlokutor, pan psychoterapeuta, że nazwiska  nie wspomnę, rzekł (głęboko wierząc w to, co wygłasza), iż, cytuję: ”każdy rodzi się nieśmiały, musimy być nieśmiali, albowiem to nasz obowiązek i wyraz pokory wobec życia”. Nie, nie otworzył mi się nóż w kieszeni; jedynie serce mi zamarło z przerażenia, że można w ten sposób “kształtować” ludzką osobowość, czyniąc to zawodowo i biorąc za to pieniądze. Ja nie lubię terapeutów. Żaden z tych, którego spotkałam i poznałam na swojej drodze zawodowej nie zdobył  mojego szacunku zawodowego i żaden nie stał się dla mnie  wzorem do naśladowania. Ogłaszam to oficjalnie. Słowo therapist (ang.) rozdzielone na dwa osobne wyrazy daje: THE RAPIST. Amen.

Wracam do pokolenia około 30-latków.

Dziękuję Wam za to, że znajdujecie w sobie odwagę, aby nie zaprzepaścić swoich marzeń zawodowych, że szukacie możliwości realizacji tego, o czym marzycie, a jednocześnie jesteście już tak bardzo świadomi tego, czego nie chcecie. Że nie chcecie być trybikiem w swojej karierze zawodowej, ale decydujecie się na to, aby być jej motorem. Że gotowi jesteście stawić czoła swojemu lenistwu, swoim kompleksom, swojej niewierze w samego siebie, że nie chcecie stracić życia na bujaniu w obłokach, a decydujecie się na zdobycie umiejętności niezbędnych do realizacji Waszych marzeń.

 

“Wszystkie prawa fizyki i areo-dynamiki dowodzą tego, iż chrząszcze nie mogą latać.

Dobrze, że nikt im nigdy o tym nie powiedział.”


E.S.

25 czerwiec 2011.

Posted in Blog | Leave a comment

Miłość

 

Jak to jest z tą miłością? Jaka jest prawdziwa, jaka nie jest prawdziwa, czy w ogóle można dzielić ją na prawdziwą i nie prawdziwą? Z czym ją ludzie mylą, z czym utożsamiają, na co by nie zamienili, co by sobie dali uciąć, żeby ją mieć?

Ilu z nas woli kochać niż być kochanym, a ilu woli odwrotnie? Jak wielu z nas podchodzi do niej absolutnie egoistycznie i czy to jest wtedy miłość? Kiedy można powiedzieć, że kogoś kochamy, i kiedy uznać, że naprawdę jesteśmy kochani? Czy miłością jest walka o kogoś, czy decyzja o pozwoleniu pójścia tej osobie jej własną drogą? Czy miłość jest wtedy kiedy kochamy kogoś tak mocno jak siebie samego czy kochamy kogoś bardziej niż siebie samego? I na tym właśnie stwierdzeniu chcę się skupić, bo to jest „clou” tego, co chcę Wam przekazać.

Kochaj siebie samego. Znajome? Znajome, ale. W spopularyzowanej wersji na przełomie ostatnich 5 wieków brzmi ono tak: „Kochaj bliźniego swego jak siebie samego.” Wersja oryginalna, zanim została zmieniona brzmi tak: „ Kochaj siebie samego, abyś tak samo mógł kochać bliźniego swego”. I co? Ściana, mur, bariera, nie do przyjęcia? Aha. Jasne. Albowiem zostaliśmy wychowani w (statystycznie) przeważającej religii, która nakazuje siebie cenić mniej niż drugiego człowieka. Siebie stawiać zawsze na drugim lub nawet na ostatnim miejscu. I tak będzie dopóty un essere humano będzie ciągle walczył z miłością, o miłość, w imię miłości, etc, etc. Zamiast po prostu kochać.

Dlaczego najpierw musimy pokochać siebie samego najbardziej na świecie zanim będziemy mogli móc kochać drugiego człowieka? To proste. Jeżeli kocham siebie najbardziej na świecie, to wiem, to rozumiem, że będę czyniła wszystko co da mi szczęście. Że jako człowiek (co ponoć brzmi dumnie) będę wybierała dla siebie rzeczy najlepsze, działała najlepiej jak potrafię, nie będę się karała, odbierała sobie tego co lubię, kazała sobie robić rzeczy, które sprawiają mi ból, nie będę czyniła nic, co mogło by uczynić mnie smutną, bo poddałam się własnej manipulacji, bo zrezygnowałam z własnych marzeń. Że otworzę przed sobą wrota do prawdziwej wolności, bo wtedy będę mogła podejmować wolne i niezależne decyzje wypływające z mojego serca, a nie z nakazu, czy z wymuszonej presji psychicznej czy materialnej.

Co robicie lepiej: coś co Wam zostało nakazane czy coś co sami zdecydowaliście się zrobić? Retoryka, prawda?

Jeżeli nauczę się kochać siebie samą naprawdę, to pojmę jakie znaczenie ma danie sobie możliwości zaistnienia rzeczywistej Wolnej Woli. I jak doświadczę na sobie samej obecności miłości, to nigdy nie będę chciała zabrać wolności drugiej osobie, jej wolnej woli, jej wolności osobistej, prawa do samostanowienia. Jak dam sobie samej miłość wraz jej pięknym wachlarzem sposobności, to będę wiedziała, co to znaczy dać taką samą możliwość drugiej osobie. Że nie będę tej drugiej osoby zmuszała, aby postępowała według mojej woli, według moich pragnień, według moich pryncypiów, nigdy nie będę oczekiwała, że na skutek moich „działań” zmieni swoje życie. Nigdy i w żaden sposób nie użyję jakiegokolwiek szantażu do „sprawienia” sobie miłości tej drugiej osoby.

Zrozumiem, że jeżeli  to absolutnie własne decyzje tej osoby, wynikające z jej wewnętrznego pragnienia, a nie mojego, doprowadzą do tego, że będziemy razem dalej iść drogą zwaną Życiem, to będzie to najwspanialszy dowód miłości jaki mogłam dać sobie samej.

Dlatego najpierw nauczmy się kochać i szanować siebie samego najbardziej na świecie, abyśmy mogli w pełni dać taką miłość drugiej osobie, jaką sami chcielibyśmy otrzymać.

Człowiek Człowiekowi Miłością jest.

Oby.

E.S.

10 czerwiec, 2011.

Posted in Blog | Leave a comment

Wiara?

Dlaczego tak się dzieje, że niby jesteśmy gotowi na miłość, na szczęście, na sukces, na wielkie pieniądze, a pomimo tej „gotowości” żaden z tych stanów nie objawia się w naszym życiu? Modlimy się, chodzimy na warsztaty terapeutyczne, szukamy coacha (sic!), mentora, czytamy mnóstwo poradników. I co? Nic? Prawie nic?

Czy chcemy tego czy nie, w naszym życiu rzeczy się dzieją nie dlatego i nie wtedy, kiedy nam się to wydaje, że już najwyższy czas, lecz wtedy kiedy NAPRAWDĘ jesteśmy gotowi. No dobrze, ale co lub kto decyduje o tym, czy jesteśmy już gotowi? Kiepska informacja o ta, że to nie my o tym decydujemy. Dobra to ta, że ci, którzy o tym decydują – naprawdę wiedzą lepiej od nas, kiedy jest najlepszy czas na konkretne zdarzenia w naszym życiu. Kim są ONI? Czy poruszając kwestię Boga dam radę sprostać wszystkim oczekiwaniom? Kim jest Bóg? Czy dla wszystkich jest on tak samo ważny? Czy Wyższa Inteligencja dla niektórych z nas jest  tożsama z Bogiem? Czy istnienie Aniołów jest niepodważalne dla wszystkich?

Jestem religijnie eklektyczna, synkretyczna. Wierzę, że moim obowiązkiem jest być szczęśliwą, że życie ma mi sprawiać przyjemność i radość. Że Bogu zależy na tym, żebym była szczęśliwa. Byłam na tyle bezczelna, że w drodze mojego rozwoju duchowego, zbierając wiedzę na temat różnych religii, doświadczając po kolei: w pierwszym etapie – totalnego ateizmu (ba! kpin na temat Boga!), parę lat później – poddania się sile sprawczej Wyższej Inteligencji (cholera, zaczęło działać!), następny etap – nieśmiało dopuszczając istnienia aniołów (jeszcze bardziej działało!), praktykując i ucząc się zarazem panującego wszech obecnie katolicyzmu (przez rok latałam do kościoła w każdą niedzielę), przechodząc w stronę buddyzmu, uprawiając druizm – doszłam do tego etapu, że po prostu wzięłam dla siebie ze wszystkich znanych mi religii to, co mi odpowiada najlepiej. Życie według 10 przykazań jest proste. Daje możliwość najłatwiejszego, bezproblemowego kroczenia naprzód. 10 przykazań jasno i prosto formuje zasady postępowania, i jeśli według tych zasad postępujemy – życie naprawdę jest proste. Bo nie ma mamy wtedy dylematów, nie musimy zaplątywać się w kombinacje, manipulacje, kuszenia, półprawdy. I zasypiamy wówczas bez żadnych problemów, a w nocy nie budzi nas skołatane udręką sumienie. Ale nie znaczy to, że wszystko co niesie ze sobą katolicyzm jest dla mnie do zaakceptowania. Choć zdecydowanie przyznaję, iż wyzwaniem byłoby życie według 8 błogosławieństw; „Błogosławieni cisi, albowiem ich będzie Królestwo Boże”. Znacie kogoś kto tak żyje? Ja tak. To jest rzeczywiście mocnym wyzwaniem.

Koran, tak krytykowany przez wielu, niesie ze sobą wiele pięknych niespodzianek. Muzułmanki m.in. dlatego noszą czador, bo uważają włosy za element seksualny. A według Koranu to nie kobiece atrybuty seksualne mają sprawić, że mężczyzna zainteresuje się kobietą. Ukrywając więc zewnętrzną atrakcyjność dają możliwość ( sobie i mężczyźnie ) zainteresowania się  wnętrzem człowieka, tym kim jest, a nie tym, jak wygląda i pokochania go za to kim jest, a nie za to jak się prezentuje… Dobre, prawda? Kolejny element z Koranu: obowiązkiem mężczyzny jest zapewnić takie warunki materialne swojej żonie, aby ta nie musiała zajmować się zarabianiem pieniędzy. Mało tego, jeśli kobieta stwierdzi, że mąż nie spełnia tego warunku – przysługuje jej prawo rozwodu. Też dobre, prawda? Jeżeli uważasz, że Koran jest zły i “niecywilizowany” – to idź i zapytaj jakiejkolwiek muzułmanki czy ona tak uważa.

Nie namawiam nikogo do przejścia na muzułmanizm, nie gloryfikuję żadnej z istniejących religii. Jestem religijnie kosmopolityczna i eklektyczna. Namawiam do akceptacji tego, co inne niż nasze wyznanie, namawiam do życia w mentalnej anty-kombinacyjnej  prostocie, do składania dziękczynnej modlitwy co wieczór. Modlitwa jest prosta, a w swej prostocie posiada potężną moc zmieniającą wibracje i energię. Paradoks , a jednocześnie magiczność dziękczynienia, polega na tym, ze wcale nie jest to związane z podziękowaniem za to, co już mamy. Dziękować niejako ‘z góry’ należy za to, czego nie mamy, a czego pragniemy w naszym życiu. Albowiem wtedy zmieniamy energię wokół nas i wysyłamy doskonale sformułowaną informację do Wszechświata.

Podziękowanie wytwarza energię posiadania. Informacja o posiadaniu, jak każda forma energii, jest odczytywana przez otaczający nas świat. I wtedy zaczynamy manifestować to, co myślimy. Albowiem nigdy nie jesteśmy tym, czym myślimy, że jesteśmy. Jesteśmy tym, CO myślimy. Uważajcie na swoje myśli, albowiem mogą się zmaterializować. Działa we wszystkie strony.

Każdy z nas ma za co dziękować. Spróbujcie raz, a zobaczycie jak zmienia się energetyka waszego ciała. Spróbujcie wieczorem lub rano, zaraz po przebudzeniu. Próbujcie, próbujcie, próbujcie. I zamiast prosić o cokolwiek więcej – dziękujcie tak jakbyście to JUŻ mieli. Proszenie wytwarza energię … braku tego, o co prosimy. Dziękowanie wytwarza energię pełni, energię istnienia danej rzeczy w naszym życiu. Dziękowanie zmienia energię komórek.

W życiu należy robić to, na co mamy ochotę, pod jednym warunkiem – nie wolno nikogo krzywdzić. Nie wolno dopuścić do tego, aby spełniając nasze pragnienia, obojętnie wielkie czy małe, doszło do czyjejkolwiek krzywdy. Nie wolno zabierać innemu, nie wolno ranić fizycznie innego. Róbcie natomiast to, o czym marzycie, to czego pragniecie, nie patrzcie nigdy na to, czy komuś się to podoba czy nie, lub co powiedzą na to inni. Pytam się: gdzie są ci inni, kiedy skuleni późnym wieczorem, otuleni kołdrą, płaczemy z żalu za tym, czego nie zrobiliśmy? Gdzie są ci inni, kiedy walimy pięściami w poduszkę z wściekłości, że pozwoliliśmy znowu uciec któremuś z naszych marzeń? Gdzie są ci inni, kiedy nie możemy sobie wybaczyć, że znowu nie wypowiedzieliśmy konkretnych słów, w konkretnym momencie i konkretnej sytuacji? Więc nie zawracajcie sobie już nigdy głowy „innymi”, nie marnujcie energii na myślenie o opinii innych na wasz temat. Realizujcie wasze marzenia, działajcie, kochajcie, twórzcie, bądźcie odważni.

Wiem, że tym wszystkim, którzy nie znaleźli dla siebie odpowiedniego sposobu na wiarę, na uwierzenie, że jest coś, ktoś nad nami, kto czuwa i dba,  kto wie o wiele lepiej, co jest dla nas najlepsze, że tym ludziom jest trudniej żyć. Bowiem muszą oni wciąż i wciąż kontrolować wszystko i wszystkich. Kontrola, kontrola, kontrola. Ciekawe że kontrola jest rzeczownikiem rodzaju żeńskiego. Bo to suka wredna jest. Nawet nie zdajecie sobie sprawy ile życiodajnej energii pochłania ‘stan kontroli’ i jak bardzo wysysa z nas możliwości kreatywności i równowagę emocjonalna. Dlaczego kontrolujemy wszystko, co wokół nas – bo się boimy. A boimy się, bo nie wierzymy, że rzeczy mogą się dziać, dobre czy złe, i że tak naprawdę wszystkie tego efekty są niczym innym jak lekcjami, które musimy odbyć na drodze naszego życia. Że życie absolutnie nie daje nam ani grama więcej do udźwignięcia niż rzeczywiście możemy udźwignąć, i że najciemniej jest tuż przed świtem. Kontrolowanie nie daje żadnej mocy, nie sprawi, że coś lub ktoś zacznie działać na nasze dobro. Zapytaj siebie samego jak się czujesz, gdy wiesz, że jesteś pod nieustająca kontrolą. No i jak? I tak samo czują i reagują wszystkie osoby i, co wyda się być może absurdalne, sytuacje. Po prostu robią wszystko, żeby wymknąć się spod owej kontroli. Ty się wysilasz żeby kontrolować, coś, ktoś się wysila, żeby uciec spod kontroli. Ciągła walka i  nic nie idzie naturalną drogą.

Mam dla was zadanie. Skoncentruj się na sytuacji w twoim życiu, która spędza ci sen z oczu. I zacznij nieustannie dziękować za najlepsze rozwiązanie tej sytuacji. Dziękować Komukolwiek lub Czemukolwiek, w kogo/co wierzysz. Nieustannie.

Dla tych, którzy nie chcą, nie potrafią uwierzyć w Coś co jest ponad nami, proponuję wyobrazić sobie, że wierzycie. Tak, zacznijcie wyobrażać sobie, że wierzycie, wybierzcie sobie To coś w co ‘wierzycie’. Zastanówcie się a jakby to było gdybyście wierzyli?

Niech to ćwiczenie będzie również swoistą miarą tego, czy rzeczywiście chcecie znaleźć rozwiązanie dla sytuacji, która nie jest dla was w żaden sposób satysfakcjonująca. Oprócz momentów koncentracji nad momentem dziękowania, nie będzie was to nic kosztowało. Poza tym, jak można mówić o żałowaniu czasu i spróbowaniu wszystkiego, co możliwe, żeby osiągną to na czym nam naprawdę zależy?

Moją intencją jest skierowanie waszej energii na próbę innego spojrzenia na siebie, przypatrzenia się gdzie jesteście, w jakim punkcie waszego życia i co ono wam daje. Ile satysfakcji z niego macie, ile radości i samospełnienia? Czy warto dalej tak żyć? Czy kiedyś, stojąc u progu przejścia na Tamtą Stronę będziecie mogli powiedzieć: „Nie ma niczego, czego żałuję, że nie zrobiłam/zrobiłem”.

* * *

Posted in Blog | Tagged , , , | Leave a comment

Zgubne cele

 

Jest taka półka z celami, które wcale nie są dla nas dobre. Jak poznać takie cele?

W sumie recepta jest prosta, natomiast do jej zastosowania stoi nam na drodze nasze ego. Zawsze powtarzam, że jeśli istnieje piekło, lub jeśli istnieje diabeł, to jest nim wyłącznie nasze ego.

Wielu ludzi uważa, że muszą być doskonali. We wszystkim. I pomimo, że mają bardzo dobre, pełne sukcesów życie,  skala ich niezadowolenia sięga coraz wyżej. Wciąż są nieusatysfakcjonowani, wciąż chcą coraz to innych wyzwań, wciąż … czekają na oklaski. Nie zdają sobie sprawy, że ludzi doskonałych od tych niedoskonałych dzieli ni mniej ni więcej tylko   w y o b c o w a n ie. Bo tak naprawdę to boimy się chodzących ideałów. Boimy się, bo w kontakcie z nimi będziemy, jak w krzywym zwierciadle, widzieli swoje wszystkie niedoskonałości. I dlatego wcale tak bardzo nie chcemy się w nich przeglądać. Ci wszyscy, którzy wciąż i wciąż dążą do doskonałości nie wiedzą, że różnica pomiędzy wykonywaniem jak najlepiej tego co się robi, a perfekcjonizmem, jest taka jak pomiędzy codziennym prysznicem a obdzieraniem sobie ciała codziennie ostrym pumeksem.

Perfekcjonizm nie jest dobry.

Perfekcjonizm zawsze prowadzi do niezadowolenia.

Perfekcjonizm jest wynikiem działania ego.

Ego nigdy nie dopuści, aby bardzo dobrze równało się zadowalająco. Ego nigdy nie dopuści, abyśmy byli, po wykonaniu danej pracy najlepiej jak potrafiliśmy, zadowoleni. Ego nigdy nie pozwoli, abyśmy zrozumieli, że tak naprawdę nie ma kary. Że jedynym obowiązkiem dorosłego, dojrzałego człowieka jest przyjęcie pełnej odpowiedzialności za swoje źle wykonane  działanie.

To, co może pomóc w zrozumieniu na czym polega różnica pomiędzy dobrym celem, a celem zgubnym jest jak … red bull. Stopniowe, systematyczne pokonywanie etapów do celu, który sobie wyznaczamy powinno dodawać nam skrzydeł. Jeżeli tych skrzydeł nie czujemy – zrewidujmy cel. Bo kolejna kłoda rzucona pod nogi “przez życie” wcale kłodą nie jest. Jest coraz silniej świecącym czerwonym światłem ostrzegawczym. Na początek dajcie sobie prawo do 3 kolejno po sobie następujących  “kłód”  na drodze do waszego celu. Po 6 miesiącach – do 2. I tego się trzymajcie już na zawsze.


E.S.

grudzień 2010

Posted in Blog | Tagged , , | Leave a comment

Kim Być?

Wielokrotnie spotykam się z pytaniem od moich Klientów: kim być? co mam robić w życiu? Proszę wtedy, aby zadali sobie pytania:

1. Co naprawdę kochasz robić?

2. Czego naprawdę kochasz się uczyć?

3. O czym naprawdę kochasz dyskutować?

4. Co cię naprawdę inspiruje? 

5. W czym naprawdę jesteś dobry?

6. Co naprawdę cię energetyzuje?

6. Jakie są twoje talenty?

7. Co inni mówią o tobie, kiedy chwalą twoje cechy?

I zostawiam im czas, aby w skupieniu, w pewnego rodzaju medytacji, odpowiedzieli sobie na te pytania. Albowiem nie ma nic gorszego, niż praca, która nie jest naszym powołaniem. Wszystko inne jest jedynie spełnianiem cudzych celów. A nie ma nic bardziej zabójczego dla własnego rozwoju niż podejmowanie życiowych decyzji w oczekiwaniu na aprobatę otoczenia.

Po tym, kiedy znajdują już odpowiedź na te pytania, zaczyna się coaching. Jego efekt jest zawsze determinowany siłą rzeczywistego pragnienia Klienta znalezienia się w sytuacji, która da mu satysfakcję, pieniądze i po prostu szczęście.

A jeżeli ktoś uważa, że pieniądze szczęścia nie dają, to namawiam do zastanowienia się nad pytaniem:

czy to rzeczywiście posiadanie pieniędzy jest przyczyną jakiegokolwiek zła? czy są to raczej decyzje, które ludzie podejmują w związku z posiadaniem pieniędzy?

Posted in Blog | Leave a comment

Sukces i Świadomość

Co różni człowieka sukcesu od tego, który nim nie jest?

Otóż tą różnicą jest SAMOŚWIADOMOŚĆ.

Co to jest samoświadomość? To zbiór wiedzy na swój własny temat. I nie mówię tu o rzeczach oczywistych widocznych “gołym okiem”, mówię o zbiorze informacji na temat swojej osobowości, czyli cech charakteru, umiejętności, talentów i przede wszystkim wiedzy dotyczącej naszych niewykorzystane możliwości i talentów oraz naszych słabych stron.  Jak dojść do tej wiedzy, jak zdobyć zbiór niezbędnych informacji, które mogą (choć oczywiście wcale nie muszą) doprowadzić nas do sukcesu? I czy samo zdobycie takiego “eliksiru” da nam klucz do zwycięstwa? Niestety nie da. Eliksir, aby zaczął działać, musi być spożyty. Tak jak i wiedza na swój temat. Ale wracam do pytania jak zdobyć taką wiedzę. Bez urazy, ale to jest naprawdę bardzo proste. Jest mnóstwo możliwości, są fachowcy, do których można się udać, żeby zapytać. Są trenerzy, psychologowie,  psychoterapeuci, są warsztaty rozwoju osobistego. Jest wiele możliwości, a każdy znajdzie na pewno takiego specjalistę czy warsztat, jakiego potrzebuje. Tylko trzeba chcieć. I tu zaczyna się problem. Na pewno największą barierą do zdobycia takiej wiedzy jest nasze ego. Wielokrotnie powtarzam, że jeżeli istnieje diabeł i piekło – to jest nim nasze ego. Zawsze i wszędzie czujnie czyhające na możliwość sprowadzenia nas na drogę zarozumialstwa, egocentryzmu, wody sodowej, tchórzostwa, fałszywych aspiracji, podejmowania złych decyzji, dążenia do uzyskania łatwego poklasku, przypodobania się innym. Ego, które radośnie zaciera swoje brudne łapska, kiedy tylko uda mu się wprawić nas w stan egzaltacji, zarozumiałej dumy i poczucia wyższości nad innymi. Żeby osiągnąć sukces w życiu, jakkolwiek on może  być  pojmowany dla każdego z nas, sama inteligencja to za mało. Inteligencja ułatwia wiele aspektów życia, ułatwia, ale sama w sobie nie wystarczy. Człowiekowi inteligentnemu łatwiej przychodzi zdobywanie wiedzy czy umiejętności, ale kluczem do osiągnięcia sukcesu jest to, co robimy z ową wiedzą i umiejętnościami. Może testy na inteligencję nie powinny polegać na obliczaniu ile i jaką wiedzę posiadamy, lecz na tym co z nią robimy? Polacy są, statystycznie rzecz biorąc, narodem narzekaczy i poprawiaczy wygodnie siedzących w fotelach i trzymających pilota od TV w ręku. Taka jest nasza narodowa statystyka. Kiedy spotykam kogokolwiek kto w mojej obecności zaczyna narzekać i/lub “poprawiać” otaczającą nas rzeczywistość, to zadaję mu wówczas pytanie: “A co ty sam/sama ZROBIŁEŚ lub ROBISZ, żeby to zmienić?”. No i tu zapada cisza. W 98 przypadkach na 100.  Statystyczny Polak czy Polka boi się zdobyć wiedzę na temat swojej osobowości. Bo boi się przede wszystkim odpowiedzialności, która na spoczęłaby na nim/niej w momencie uzyskania informacji o swoich brakach, niedociągnięciach, ukrytych, a nie wykorzystanych możliwościach i talentach. Trudno jest bowiem udawać, że się czegoś nie wie, kiedy się to już wie, prawda? Trudno, ale nie niemożliwe. Tak więc wielu już wie o sobie wystarczająco dużo, co jeszcze nie znaczy, że podejmują jakiekolwiek działanie, żeby ową wiedzę rzetelnie spożytkować. No bo należało by coś zrobić, zdobyć się na wysiłek, podjąć działanie, przestać oszukiwać samego siebie. I zacząć w końcu całkowicie i absolutnie być odpowiedzialnym za to co się dzieje w naszym życiu. Ktoś tu może zaprotestować: no tak, ale przecież żyjemy w otoczeniu innych ludzi, którzy tak czy inaczej wpływają na nasze decyzje czy działania. Jasne. Zapytam wówczas: czy zdarzyło ci się kiedykolwiek, żebyś podjął/podjęła jakąkolwiek decyzję, bo ktoś trzymał ci pistolet przy głowie??? Czy zrobiłeś coś, bo ktoś ci groził wsadzeniem do więzienia? Nie.

 

Nie namawiam nikogo do bycia szczęśliwym, nie namawiam nikogo do osiągania sukcesów. Przypominam jedynie, że nikt nam nie trzyma pistoletu przy głowie i grozi utratą życia, kiedy podejmujemy decyzje. Tak samo jak nikt nam nie wkłada naszych myśli do naszej głowy. Zanim nie przyznasz mi racji, odpowiedz sobie na pytanie jak bardzo zgadzasz się na manipulację środowiska, które cię otacza? Jak często po prostu wygodniej jest dla ciebie poddać się tej manipulacji? Wygodniej, a potem narzekasz, że nic się w twoim życiu nie zmienia, że nie jesteś szczęśliwy, nie czujesz się spełniony. I twoje dzieci patrzą na ciebie i uczą się od ciebie. Potem się zbuntują, a ty będziesz bardzo zdziwiony i zły, że one nie uważają ciebie za kogoś godnego naśladowania.

Wyszło na to, że wiedzę o sobie, swojej osobowości zdobyć jest łatwo. Trudniej jest podjąć działanie, żeby wykorzystać tą wiedzę do wprowadzenia zmian w swoim życiu. Najtrudniej jest przyznać, że to my sami jesteśmy odpowiedzialni za to, co się dzieje w naszym życiu.

Każdy ma prawo do podejmowania swoich własnych decyzji. To jest wasze życie, wasza droga.

Lecz zawsze: “… Uważajcie na swoje myśli, albowiem mogą się zmaterializować”.

Najdłuższa, bo najtrudniejsza w życiu droga ma ok. 30 cm. Wielu ludzi nigdy jej nie pokona.

To droga od rozumu do serca. 30 cm.

 

 

E.S.

Posted in Blog | Tagged , , , , | Leave a comment

Teoria a osobowość

Istnieje wiele teorii na temat powstawania naszej osobowości. Najbardziej popularna próbowała i wciąż próbuje przekonać nas do tego, że strukturę naszej osobowości dziedziczymy w zdecydowanej części po naszych rodzicach. Czyli skupia się wokół cech osobowościowych, które niejako ‘genetycznie’ przejęliśmy po naszych najbliższych. Czy tak jest rzeczywiście? Czy naszym rodzicom zawdzięczamy to jacy jesteśmy, czy sobie? Czy komu?

Dziecko, od momentu narodzin do momentu pójścia do szkoły podstawowej znajduje się w większości czasu pod zdecydowanym wpływem rodziców, tudzież innych osób na stałe przebywających pod wspólnym dachem. I przez 24 godziny na dobę podlega ich wpływowi. Patrzy na nich, naśladuje zachowania, uczy się od nich elementarnych zasad, uczy się swojego małego świata patrząc niejako ich oczami. To oni przekazują dziecku wiedzę o tym co jest dobre, ładne, złe, brzydkie, co nagradzane, co karane. Lecz świat dziecka zmienia się diametralnie z momentem pójścia do szkoły. Tam, na klika godzin, przechodzi po raz pierwszy pod wpływ ‘poza domowy’. I tu zaczyna się zmiana w nabywaniu światopoglądu i norm. Tu też są inne dzieci oraz zaczynają się socjalne kontakty z rówieśnikami. To co mam zamiar pokazać w tym artykule to fakt, że na to kim stajemy się jako dorośli ludzie nie mają wpływu nasi rodzice, lecz otoczenie w jakim przebywamy dorastając. Jestem osobiście zwolenniczką prac i naukowych badań Judith Harris, której dorobek naukowy polecam zdecydowanie. Możecie nie wierzyć w tą teorię kształtowania się osobowości, ale zdobycie dodatkowego punktu widzenia na pewno Was nie zuboży, a niewątpliwie da Wam możliwość szerszego spojrzenia na to dlaczego jesteśmy tacy, jacy jesteśmy.

No to teraz trochę matematyki. Dziecko dorastając (szkoła podstawowa) przebywa około 6 godzin poza środowiskiem domowym. W gimnazjum czas ten zwiększa się do około 8-9 godzin, w zakres których wchodzą m.in. zajęcia dodatkowe, czyli kolejne nowe (inne od domowego) środowisko. W liceum czas ten wzrasta bardzo gwałtownie, albowiem dochodzi czas spędzany ‘towarzysko’ w miejscach przeznaczonych na rozrywkę, na zabawę, w miejscach gdzie wpływ rówieśników na kształtowanie się postaw życiowych jest absolutnie zwycięski w porównaniu z wpływem rodziców w tym samym okresie dojrzewania. Czas spędzany poza domem wzrasta do 10 godzin na dobę. Młody człowiek wraca właściwie na kolację, spędza kilka chwil wspólnie z rodzicami, idzie spać. Dzień zaczyna się w szkole (6-7 godzin), obiad czasami w domu, czasami szybki ‘snack’ poza domem z koleżankami/kolegami. Powrót do domu w późnych godzinach popołudniowych, 7-8 godzin na sen. Razem około 20-22 godzin z 24/dobę poza bezpośrednim wpływem rodziców. Wpływ środowiska rówieśników jest, co zmartwi na pewno wielu rodziców, absolutnie zwycięski na rzecz kształtowania się osobowości młodego człowieka. To rówieśnicy są autorytetami, to oni determinują jak, w co, gdzie, dokąd, co jest postrzegane jako ‘cool’, co jest uważane jako wstydliwe, jako poważne, jako głupie, jako ważne. No i nadchodzi czas na studia. Tu, gdzie najbardziej chłonny umysł rozpoczyna wędrówkę w kierunku wyspecjalizowanej wiedzy akademickiej, jest również najbardziej otwarty na postawy, które obiecują sukces życiowy lub porażkę. Na naukę jaka postawa prowadzi do jakiej konsekwencji. Jaka decyzja przynosi satysfakcję, a jaka dezaprobatę i odrzucenie. Tu też, w tym właśnie okresie, dokonują się wybory pomiędzy wartościami dorosłego samostanowienia. Myślę, że większość rodziców nie zdaje sobie sprawy jak potężny jest wpływ rówieśników, środowiska poza domem na rozwój osobowości naszych dzieci. Jak znacząca jest tendencja do imponowania rówieśnikom, a jak niszczący jest strach przed odrzuceniem przez najbliższe środowisko. Brak akceptacji przez grono rówieśników jest postrzegany jako o wiele większa kara niż jakakolwiek inna nałożona przez rodzica. Myślę, że wielu rodziców obwinia siebie, że ich dzieci są tak bardzo różne od wzorców, które próbowali im wpoić od dzieciństwa. Myślę, że wielu ludzi, dorosłych już dzieci, nie zdaje sobie sprawy dlaczego tak bardzo się różnią od swoich rodziców. Lecz również bardzo ważne jest to, że te zauważane przez obie strony różnice nie zawsze i niekoniecznie mają wpływ na poziom miłości, którą obie strony do siebie czują. Niemniej jednak jakże często dochodzi do wewnętrznego uczuciowego dylematu pomiędzy wstydem a miłością, pomiędzy żalem a zrozumieniem lub niezrozumieniem, że każdy jest inny. Niektórzy nie potrafią lub po prostu nie chcą tego zrozumieć. Wolą obwiniać innych, walczą pokoleniowo i szarpią się emocjonalnie, często doprowadzając do destruktywnej sytuacji rozpadu zamiast porozumienia się tych dwóch pokoleń, powodując u siebie i u tych ‘innych’ łzy i nieustający ból emocjonalny. Niewątpliwym jest również fakt, że również często zasady, które wynosimy z czasów kiedy nasi rodzice mieli na nas największy wpływ, odnoszą zwycięstwo w naszej dorosłej osobowości. I są to tak różne zasady, jak różne były domy w których wyrośliśmy.  Twierdzę, że po rodzicach dziedziczymy (oprócz niewątpliwie fizycznych cech genetycznych) bardziej skłonności do takiej, a nie innej postawy życiowej, niż wzór czy matrycę konkretnej osobowości.

I co z tego wynika?

Szanując i postrzegając siebie jako odrębne istoty osobowościowe od naszych rodziców, mając teraz większą wiedzę dlaczego tak jest, rozumiejąc przyczyny – dajemy im tym samym prawo do bycia innymi niż my jesteśmy. Rodzice być może zwrócą uwagę, że ten, kto posiada informację na swój temat – posiada władzę. Ale władzę jedynie nad swoim życiem. Próby rządów nad dorastającymi dziećmi (czy nad kimkolwiek) doprowadzić mogą jedynie do kolejnych batalii, wojen i konfliktów. Naturalną wrodzoną cechą jest dążenie przez każdego człowieka do wolności. A przebywając w jakimkolwiek więzieniu, czy to w przenośni, czy dosłownie, zawsze pojawia się myśl o ucieczce i pozbyciu się kajdanek. Pozwólcie waszym dzieciom, aby was po prostu kochały. Że niby zbyt proste, żeby mogło być prawdziwe? To dlaczego kiedy robimy inaczej jest tak trudno? Posiadanie dzieci nie daje nam prawa do władania nimi i oczekiwania, że będą tacy jak my to sobie wymyśliliśmy.

Każdy człowiek, bez względu na wiek, uczy się przez doświadczenia, więc spróbujcie doświadczyć dbania i akceptacji poprzez kochanie i zrozumienie, dając innym, pomimo że wydawać by się mogło, że ‘należą’ do nas, rzeczywiste prawo do bycia takimi, jakim oni chcą być.

Nie obwiniając się nawzajem, nie czując wstydu, żalu lub winy, podejmijmy decyzję o byciu odpowiedzialnym za to kim jesteśmy i za to, że szanujemy innych właśnie dlatego, że są inni od nas. Bo dzięki temu możemy dokonywać wyborów. A możliwość wyboru jest rzeczywistą miarą ludzkiej wolności.

E.S.

 

 

 

 

Posted in Blog | Tagged , , , , , | Leave a comment

Coaching dla Rodziców

“Gdy dziecko doświadcza krytycyzmu,

uczy się pogardzać.

Gdy dziecko doświadcza wrogości,

uczy się agresji.

Gdy dziecko doświadcza drwin,

uczy się być skrytym.

Gdy dziecko doświadcza wstydu,

uczy się poczucia winy.

Gdy dziecko doświadcza wyrozumiałości,

uczy się być cierpliwym.

Gdy dziecko doświadcza wsparcia,

uczy się pewności siebie.

Gdy dziecko doświadcza pochwał,

uczy się doceniać.

Gdy dziecko doświadcza sprawiedliwości,

uczy się być uczciwym.

Gdy dziecko doświadcza bezpieczeństwa,

uczy się zaufania.

Gdy dziecko doświadcza aprobaty,

uczy się lubić siebie.

Gdy dziecko doświadcza przyjaźni i akceptacji,

uczy się znajdować miłość w otaczającym świecie”.

Ponieważ dzieci uczą się poprzez doświadczenie.

“Maximum achievement”, Brian Tracy

Posted in Blog | Tagged , , , | Leave a comment

Płeć, Seks, Biznes

 

Nie jestem feministką i choć nie mam nic przeciwko feministkom, to czekam cierpliwie na czasy, kiedy słowo feministka przestanie być postrzegane jako pejoratyw. I przestanie się kojarzyć z kobietą o męskich cechach, walczącą, machającą sztandarami z napisami: “nasze waginy są mocniejsze i mądrzejsze od waszych penisów, oddajcie nam władzę!”. Czy jakoś tak lub temu podobnie. Wychodzę z założenia, że Dyrekcja Niebieska wiedziała co robi stwarzając i Dziewczynki i Chłopców. Albowiem gdyby miała stworzyć tylko Dziewczynki – na pewno by to uczyniła. Nie wątpię nigdy w poprawność działań Dyrekcji Niebieskiej. Tak mnie nauczyło Życie.

 

Wracam do tematu, czyli Kobiet i Mężczyzn w biznesie. Ale przede wszystkim Kobiet. Z moich obserwacji wynika, że kobiety wciąż popełniają niesprzyjające ich rozwojowi zawodowemu uczynki. Pisząc zawodowemu, mam na myśli ich współistnienie w, nie oszukujmy się, męskim świecie biznesu. Albowiem obecny świat biznesu należy do mężczyzn i nie zanosi się bynajmniej, aby to się miało zmienić w najbliższym czasie. I nie ma w tym nic złego. Bo świat biznesu jest światem brutalnym. I jestem za tym, żeby to mężczyźni byli tymi, którzy wyruszają na wojny. Wojny wszelkiego rodzaju. Z wielu przyczyn: z racji tego, że są fizycznie silniejsi, że mają bardziej logiczny sposób myślenia, że nadają się do walki w terenie (przestrzenne postrzeganie) i że, przede wszystkim, pozwolenie im  na działanie na placu boju – ustrzeże ich od ‘zeunuchowacenia’.

 

Kobiety wciąż nie potrafią współistnieć w biznesie do spółki z mężczyznami. I tu bardzo ważna wiadomość dla rzeszy kobiet: mężczyźni (zdrowi na “ciele i umyśle”) nie chcą nas zniszczyć ani zwyciężyć. Dla nich po prostu wciąż nie jesteśmy partnerami do walki jako takiej. Mężczyźni chcą spokoju i współpracy. Mężczyźni tak naprawdę nie chcą wojen. A co robią kobiety? Po pierwsze albo się przebierają za swoje męskie wersje i przywdziewają zbroję groźnego i agresywnego, wojownika za wszelką cenę próbującego zwyciężyć i udowodnić, że są lepsze od mężczyzn. Po drugie przywdziewają maskę słodkiego kobieciątka szukającego wciąż wsparcia u mężczyzny, i, z racji atawistycznych pozostałości, uznają go za przewodnika. Po trzecie – nie robią nic, udając, że się wokół nic nie dzieje. Świadomie pomijam tą cząstkę kobiet, która wcale nie walcząc – po prostu współpracuje z mężczyznami. Współpracuje, wykorzystując swoje talenty i predyspozycje tam, gdzie mężczyznom ich po prostu brakuje. I brakuje nie dlatego, że są gorsi, lecz dlatego, że taka jest ich natura psycho-fizyczna. Kobiety powinny zrozumieć, że każda płeć ma swoje zalety, talenty i predyspozycje i że sukces polega na tym, aby nauczyć się współ-uzupełniać w biznesie razem z płcią przeciwną. Nie mam nic przeciwko temu, jeżeli na biznesowej rozmowie mój interlokutor płci męskiej wpatruje się w mój biust i widzę jak mu cieknie ślinka. To jest jak najbardziej ok. Natomiast od mojej inteligencji zależy, kiedy owego wzrokowca skieruję na sprawy ważniejsze na naszym biznesowym spotkaniu. Jeżeli spodobał mu się mój biust (tyłeczek, oczy, nogi wyeksponowane w świetnie skrojonej spódnicy) – to o wiele szybciej przyjdzie mu dojść do wniosku, że z seksownie wyglądającą, świetną, inteligentną i kreatywną profesjonalistką w danej branży robienie interesów to bardzo dobry biznes & wielka przyjemność. Mężczyźni lubią rzeczy przyjemne. Mężczyźni nie lubią utrudniać sobie życia. Kobiety z kolei rozpoczynają walkę kiedy stwierdzają, że mężczyźni widzą w nich przede wszystkim ciało. No i po co? Oni tacy są. Są wzrokowcami.  Tak są stworzeni, tak pracuje ich mózg, i na Boga, pozwólmy im się nacieszyć tym, co u nas widzą. Oni tego nie mają. Dlatego tak nas pożądają. Więc bądźmy mądre i im na to pozwalajmy. Wykorzystujmy nasze naturalne predyspozycje umysłowe, emocjonalne, aby wprowadzać ład i współpracę, zamiast walki i nieustającej próby sił, zamiast utrudniać sobie współtworzenie świata biznesu. Nie mówię, że to jest łatwe. Nie mówię, że te umiejętności przyjdą natychmiast. Ale namawiam wszystkie kobiety współpracujące zawodowo z mężczyznami, aby zawsze artykułowały swoją aprobatę dla tych mężczyzn, którzy postrzegają w ich piękną, godną pożądania seksualną istotę posiadającą niesamowicie kreatywny i silny intelekt. Pokażcie im, że tego rodzaju wyraz uznania jest tym, czym mogą u was zdobyć szacunek. A dla wszystkich tych mężczyzn, którzy skupiają się i próbują wykorzystać tylko ten pierwszy element naszej płci, pozostaje karalny w swej konsekwencji mobbing. I nie mówcie mi, że nie potraficie oddać w takiej sytuacji sprawy w należne ręce. Bo jeżeli, moje drogie, nie potraficie – to nie pchajcie się do świata biznesu.

 

Reasumując przypomnę absolutną kwintesencję Mistrza. Prawdziwy Mistrz nie krzyczy wokół i nie przekonuje nikogo przy użyciu jakkolwiek rozumianej siły, że jest Mistrzem. Kiedy jest się rzeczywistym Mistrzem, to Mistrza zauważy i obdarzy szacunkiem każdy, bo jemu sztandar lub miecz jest niepotrzebny.

E.S.

 

 

Posted in Blog | Tagged , , , | Leave a comment

Skąd się wziął Coaching?

 Wielu Polaków zadaje sobie pytanie skąd się wziął ten cały coaching? Otóż wziął się on z USA. Jakieś 20 lat temu “skonstruowano” najbardziej efektywną metodę pracy z ludźmi, którzy znużeni rozciągniętą w czasie i grzebiącą w przeszłości terapią (czytaj: psychoanalizą) nie chcieli już w nieskończoność dywagować nad leżącymi w ich przeszłości przyczynami braku sukcesów zawodowych (przede wszystkim zawodowych) i osobistych. Nie chcieli również zbytnio wierzyć, iż to IQ ma decydujący wpływ na osiągnięcie życiowego sukcesu (lub jego brak). Byli skoncentrowani i skupieni przede wszystkim na przyszłości i jej jak najbardziej efektywnym planowaniu oraz co najważniejsze – szybkiej realizacji wytyczonych celów.

Jak najbardziej zgadzam się ze stwierdzeniem, iż coraz szybciej toczący się świat niesie niejako żądanie wielu ludzi, aby zmiany w ich osobowości następowały równie szybko. Jak wiemy przeszłości nie da się zmienić, natomiast mamy absolutny wpływ na to kim możemy być dzisiaj, jaką postawę możemy przyjąć na teraz, aby zrealizować swoje cele, marzenia i plany. Ludzie mają absolutne prawo chcieć się zmieniać szybko. Oczywiście nie dotyczy to tych, którzy nie chcą się zmieniać wcale, albowiem zadowala ich w 100% to, co mają, kim są i w jakim otoczeniu żyją. Jakoś Amerykanie uwierzyli, że skoro jak się psuje kran – to wezwać należy hydraulika. Jak psują się zęby – szukamy dentysty. Jak chcemy się nauczyć grać w tenisa – szukamy trenera (do tych punktów, co do zasadności wezwania specjalisty – większość Polaków się zgodzi), Jak chcemy podwyższyć swoje kwalifikacje życiowe – szukamy trenera osobistego. Proste. Szukamy fachowca w dziedzinie, w której sami nie umiemy dać sobie rady. I oto dotarliśmy do punktu kluczowego: ilu Polaków potrafi się przyznać, że czegoś nie umie? Kto nie boi się jasno i zdecydowanie stwierdzić wszem i wobec, że potrzebuje pomocy fachowca lepszego od niego? Wariat? Jakiś zawodowy kamikadze, którego natychmiast wytkną paluchami werbalnie wspomagając się słowem: nieudacznik !!! I tu dochodzi do konstatacji naszej narodowej (“z mlekiem Adama S.” wyssanej) tezy: Polak potrafi! Polak potrafi sam! Dyshonorem jest przyznanie się do braku umiejętności samodzielnego rozwiązywania problemów. Wstydem narodowym jest uznanie, że i korzystać (cholera: no i zapłacić!) – jakiemuś fachowcowi. Używam kursywy, albowiem dziwnym trafem w Polsce określenie “fachura”, “fachowiec” jest wciąż zabarwione pejoratywnym wydźwiękiem. Ciekawe dlaczego? Ciekawe dlaczego, kiedy proszę podczas moich warsztatów o podanie nazwisk 3 ulubionych sportowców podnosi się las rąk w górę i sypią się z ust uczestników sławne nazwiska. Natomiast kiedy w chwilę po tym proszę o podanie nazwisk trenerów owych sławnych sportowców – zapada grobowa cisza… Dlaczego menadżerom wielu firm nigdy nie przejdzie przez gardło stwierdzenie, że aby być lepszym w swoim życiu (osobistym czy zawodowym) – potrzebuje pomocy specjalisty? Z reguły odpowiedź jest taka: “skoro dotarłem tu, gdzie jestem, to znaczy że COŚ umiem, czy nie tak ?!?”. Oczywiście że tak. Ale czy to jest rzeczywiste maksimum Twoich osiągnięć? I jak długo masz zamiar trwać wciąż w tym samym punkcie kariery i rozwoju zawodowego i osobistego? jak długo chcesz być coraz bardziej zmęczony i mieć coraz mniej czasu, żeby cieszyć się życiem? Możesz tak długo jak zechcesz. Nie ma ani obowiązku ani żadnego prawa nakazującego nam być coraz lepszym, coraz bardziej szczęśliwym, coraz bardziej świadomym samego siebie. Nic złego się nie stanie. No może oprócz tego, że nasze miejsce bardzo szybko zostanie zajęte przez tych, którzy nie chcą spocząć na laurach i nie boją się przyznać, że potrzebują pomocy specjalisty w rozwoju osobistym. Chcą i mieć dużo i być szczęśliwymi ludźmi.

Dopełniając lukę w informacji dotyczącej “transportu” coachingu do Europy pod koniec lat 90-tych trafił on na Wyspy Brytyjskie. Na początku ostatniej dekady XX wieku został “przywieziony” do Polski przez prekursora europejskiego coachingu – Pana Jana Ciska, urodzonego w Polsce, od wielu lat obywatela Wielkiej Brytanii. Trenera Osobistego wielu potęg europejskich i światowych. Największego “luzaka” wśród największych Nauczycieli jakich poznałam. Człowieka, który jest Mistrzem w swoim fachu, lecz nie nigdy robi z siebie guru owianego tajemniczą “aurą”.   Pozdrawiam Pana, Panie Janie, i dziękuję z całego serca w imieniu własnym i moich Klientów!

E.S.

 

Posted in Blog | Tagged , | Leave a comment

Coachingomania

W ostatnich 2-3 latach “narodziła” się w naszym kraju niezliczona liczba coachów. Zastanawiałam się czy to moda na  “anglojęzyczność” spowodowała taki wysyp ludzi chcących zajmować się coachingiem, czy to może po prostu wyczulenie na “trendy szkoleniowe” doprowadziło do wszech obecnie panującego słowa coach?

Czy bycie coachem (trenerem osobistym) jest wynikiem posiadanego/posiadanych dyplomów? Czy to przebyte szkolenia dają umiejętności do pomagania innym w osiąganiu celów i zmiany postawy życiowej czy zawodowej? Czy może jednak jest coś innego, co powoduje, że można dać tej drugiej osobie – Klientowi, taki zasób narzędzi, dzięki któremu w jego życiu zajdzie oczekiwana i pożądana zmiana?

Budzi się uśmiech na mojej twarzy, kiedy pomyślę o wielu młodych absolwentach uczelni, gdzie na ostatnim roku dodatkowo “dorobili” sobie specjalizację z coachingu. Lub pracowników działów HR, którym ich szefowie nakazali uzupełnić CV o posiadany dyplom coachingu. Budzi się uśmiech dlatego, że jestem głęboko przekonana, że to nie dyplomy determinują fakt czy ktoś jest rzeczywiście dobrym  Trenerem Osobistym. Owszem, panująca wszech obecnie w naszym kraju moda na “dyplomomanię” daje mi podstawy twierdzić, że niewielu zleceniodawców na “usługę” coachingu bierze sobie do serca rzeczywisty bagaż doświadczeń coacha, a jedynie patrzy w jego CV szukając jak największej ilości dyplomów i certyfikatów.

Budzi się uśmiech na mojej twarzy, kiedy pomyślę o młodych ludziach z HR, którzy, z racji swojej funkcji, dokonują wyboru na stanowisko coacha w ich firmie (o systemie rekrutacji w polskich firmach pozwolę sobie napisać wkrótce).

Mogłabym mieć tonę dyplomów, tylko co z tego? Nazywając rzeczy po imieniu: czy wierzycie czy nie, spotkałam na swojej drodze wielu najznamienitszych Trenerów, którzy nawet nie wiedzieli co znaczy słowo“coach”, a pomimo to potrafili odpalić taki ogień u ludzi, którzy zwrócili się do nich o pomoc w zmianie, że siła wylotu rakiet NASA to pikuś (uppsss, Pan Pikuś). Ludzi tych traktuję jako światło przewodnie na mojej własnej drodze, są dla mnie drogowskazem i autorytetem. Może kiedyś “zrobią” sobie dyplom coacha??? Ale i tak wtedy nie przeobrażą się w “zwierzę korporowe lub HR-owe”. I chwała Bogu.

Suma wszystkich doświadczeń, zwłaszcza tych ciężkich gatunkowo, przeżytych w swoim życiu, umiejętność syntezy, analizy, znalezienia drogi wyjścia, odnalezienia siły i gotowości pójścia na przód, umiejętność utrzymania w sobie radości i wiary, że to wszystko, co nas spotyka w życiu jest efektem potrzeby na tego rodzaju wydarzenia, czyli suma tego czegoś co nazywa się po prostu Mądrością Życiową – to jest skład “magazynowy” Trenerów, przed którymi chylę zawsze czoła. Bo doskonale wiem, co to znaczy.

E.S.


Posted in Blog | Leave a comment

Infinity™ Coach – cele i zadania

 

Czy mistrzowie i rekordziści świata osiągnęliby swoje sukcesy w pojedynkę, bez swoich trenerów? Nie.

Infinity™ Coaching jest najbardziej efektywną metodą pracy z Klientem i dla Klienta uzyskaną na przełomie wieloletnich doświadczeń w przeprowadzonych kilku tysiącach godzin coachingu. Jego efekt jest permanentny, albowiem zmiany do jakich dochodzi podczas spotkań z Coachem – są tak głębokie jak głębokie są wartości wyznawane przez Klienta.

To odkrywanie prawdziwych talentów i rzeczywistych możliwości Klienta oraz wcielenie ich na stałe w jego życie zawodowe i osobiste poprzez trening obszarów dotychczas nie wytrenowanych.

Infinity™ Coaching to nie terapia, nasz coaching nie jest mentorstwem, nie jest konsultingiem, nie jest doradztwem.

Jest narzędziem, dzięki któremu progres  Klienta w wyznaczonym przez niego samego obszarze jest nieustanny.

Jednak pomimo, iż coaching to wspólne działanie Trenera i Klienta, to po laur sięga Klient.

To w jego zasobach wewnętrznych, w jego nieodkrytych dotąd możliwościach leży moc sprawcza jego sukcesu. I przede wszystkim w jego determinacji i woli.

Infinity™ Coach jest sprzymierzeńcem, zaufanym sojusznikiem i choć często jego feedback’i nie są dla Klienta przyjemne – to zawsze stoi po jego stronie i trwa przy nim w procesie zachodzących zmian.

Infinity™ Coach nigdy nie ocenia – pokazuje co jest “ciemną stroną medalu” w osobowości Klienta i uczy jak to zmienić.

Infinity™ Coaching nie używa słowa ‘wada’, to co inni tak nazywają, u nas jest po prostu obszarem niewytrenowanym.

Klient zaczyna rozumieć co jest dla niego najważniejsze, dokąd zmierza, co osiągnął do tej pory, a co może w najbliższej przyszłości. I osiąga. Szybko, bez szkody dla innych, bez dylematu „czy rzeczywiście stać mnie na to?”.

W trakcie tej wspólnej z Klientem pracy  zachodzą fundamentalne zmiany we wszystkich obszarach życia Klienta. To jak efekt domina.

Infinity™ Coaching  doprowadza bezpiecznie i jak najszybciej swojego Klienta do osiągnięcia celu, którym jest pożądana przez Klienta zmiana.

Kto nie spróbował – nie wie jak to działa. Tych nie będę zachęcała do “skosztowania” Infinity™ Coachingu. To powinna być ich samodzielna decyzja.

Natomiast dziękuję tym wszystkim, którzy przeszli przez Infinity™ Coaching, bo naszą największą nagrodą jest ich satysfakcja z zaistniałych zmian.

Infinity™ Coach zawsze pozostaje w cieniu Klienta.  Bo najważniejszą osobą w coachingu jest tylko i wyłącznie Klient.

E.S.

Posted in Blog | Tagged , , , , | Leave a comment

HR, Rekrutacja a Brian Tracy

 

Od jakiegoś już czasu z dużym zainteresowaniem przyglądam się  metodom rekrutacji w naszych rodzimych firmach. Obserwacje czynię na rzeszy znajomych i nieznajomych. Zbieram opinie zaprzyjaźnionych osób. Wiele z nich zajmuje wysokie stanowiska w swoich firmach. Z racji swych specjalizacji nie partycypują w poczynaniach działów HR. Tak w ogóle, gwoli przypomnienia, jeszcze nie tak dawno, może 10 lat temu, obecnie tak zwany dział HR – to nic innego jak po prostu Kadry. Pamiętacie pewnie, choć młodsi wiekiem może nie, jak się latało do kadrowej po wpisy i podpisy? Nie? Szkoda. Tak więc, obecny ,zgodny z t.zw. english speaking flow, nazwany dział HR ( z ang. – Human Resources ) czyli Ludzi Źródła – tu możemy rozwinąć skrzydła interpretacji tłumaczeniowej: Zasoby Ludzkie, Zasoby Osobowe, Źródło Zasobów Osobowych, etc etc. A za encyklopedycznym źródłem (sic!):“Pojęcie mające dwojakie znaczenie. Pierwsze wywodzi się z nauk społecznych, głównie ekonomicznych - zgodnie z klasyczną szkołą ekonomii oznacza pracę (siłę roboczą) jako jeden z trzech środków produkcji. Drugie, bardziej powszechne, mieszczące się w zakresie zarządzania przedsiębiorstwem, odnosi się do indywidualnych pracowników oraz działu firmy, który zajmuje się rekrutacją, szkoleniem, motywowaniem oraz zwalnianiem pracowników (czyli polityką personalną).”

I tak oto jesteśmy w dziale rekrutacji. Pierwsze moje pytanie jest takie: czy logicznym jest założenie, że osoba mająca podjąć decyzję o zatrudnieniu fachowca na konkretne stanowisko powinna być lepszym fachowcem od kandydata? Pytanie wydaje się być retoryczne. Otóż nie. Osoby podejmujące decyzje o zatrudnieniu danego kandydata nie są lepszymi od niego specjalistami w danej dziedzinie. Dlaczego? Nie wiem. Najprawdopodobniej wie to zarząd firmy.

 

Pytanie następne: jak to możliwe, że pierwszy, spektakularny odsiew jest czyniony na podstawie nadesłanych CV? Ok, rozumiem, że błędy ortograficzne i inne tego rodzaju z góry eliminujące kandydata “faux pasy” – są pierwszym kryterium. Natomiast nie rozumiem dlaczego zbiór suchych faktów z życiorysu zawodowego kandydata – jest dowodem na “w te lub wewte”, gdzie “wefte” znaczy do kosza na śmieci (czytaj: delete), a “wte” – dalszy stopień procesu rekrutacyjnego. Nie rozumiem dlaczego często “przedobrzone” życiorysy, nie mające za wiele wspólnego z prawdą o kandydacie, zwyciężają na tym etapie rekrutacji. Może dlatego, że dla kontrolującego owe nadesłane cv – im większa ilość literek i skrótów obcojęzycznych – tym lepszy kandydat? Nie wiem. Być może wie to dyrektor działu HR.

 

Pytanie kolejne: na drabinie stanowisk w działach HR, na jej najniższych szczeblach stoją świeżo upieczeni absolwenci socjologii, marketingu lub innych humanistyczno-ekonomicznych kierunków. Czyli młodzi, i nie wątpię – na pewno wspaniali ludzie, z dużym potencjałem rozwojowym, ale bez najmniejszego doświadczenia zawodowo-życiowego. I to oni decydują o pierwszym, drugim i trzecim stopniu selekcji kandydatów. Dlaczego tak się dzieje? Nie wiem. Najprawdopodobniej wie to zarząd firmy.

 

Jeden z największych propagatorów IE w systemie zarządzania firmą, Brian Tracy twierdzi, że dział HR to fundament każdej firmy. O jakości efektów ekonomicznych firmy – decydują właśnie kompetencje ludzi pracujących w HR. U nas z kolei, z jednej strony zarządy firm uśmiechające się z pysznym zadowoleniem oczywistego posiadacza działu HR – w rzeczywistości zawodowej traktują go jak piąte koło u wozu, często zapominając, że stare powiedzenie Uczyć Należy się od Mądrzejszych, ma swój bardzo głęboki sens. A Brian Tracy wie co mówi. Wątpicie? Ok, możecie wątpić – lecz najpierw doświadczcie jego zasad na sobie, a dopiero wtedy  podejmijcie dyskusję czy to on się ma rację czy Wy.

 

Reasumując – jeżeli ktoś poczuł się dotknięty tym, co tu przeczytał – to dobrze. Bo być może, po pacnięciu swojego ego w jego przebiegły i wredny łeb, zacznie myśleć  nieco krytyczniej w stosunku do tego, co jest wokół niego i jego działu HR. A następnie odważy się być kreatywnym.

 

Jeżeli ktoś poczuł się obrażony, tym co tu przeczytał – to też dobrze. Bo to wskazówka, że powinien popracować nad poczuciem własnej wartości.

 

W naszej narodowej mentalności wciąż jeszcze egzystuje mocno zakorzenione zachowanie, które nakazuje wielu ludziom negowanie i krytykowanie tego, czego nie znają. Boimy się przyznać, że czegoś nie wiemy, czegoś nie znamy. Wolimy powiedzieć NIE czemuś nowemu, innemu, zamiast odważyć się spróbować tego nauczyć i doświadczyć samemu. Dlaczego? Ze strachu? Nie. Ze wstydu. Albowiem wstyd jest o wiele gorszym “oprawcą” niż strach.

E.S.

 

Posted in Blog | Tagged | Leave a comment